Nie wiem, kiedy zasnąłem. Ostatnie, co pamiętam, to że trzymałem ją mocno w ramionach. Odprężona, rozgrzana, przeczesywała ospale moje włosy. Dreszcze, jakie wtedy rozlewały się po mnie falami, wracają i teraz, wraz z niemrawym przypływem świadomości. Czuję chłód i słyszę świergot ptaków. Jakiś mięsień w moim barku napina się nagle jak struna. Podnoszę przyciężkie powieki, a one natychmiast opadają. Obracam się na bok, usta mi miękną w uśmiechu. Widzę w wyobraźni każdy jeden skrawek jej idealnego ciała. Rozkosz, jaką dała mi tej nocy, powraca w jakiejś platonicznej, nie dającej się urzeczywistnić formie. Świadom jej połowiczności, otwieram rozmarzone, choć jeszcze zaspane oczy, ale to, co widzę…

  • Nie! – Siadam momentalnie.

Jest już rano. Stąd ten świergot ptaków. Niebieskie światło reflektorów scenicznych już dawno ustąpiło miejsca promieniom wschodzącego słońca. Winda, na której jestem, nadal wisi w górze. Obok mnie jest pierze. Nic więcej.

  • Pola… – jęczę bezsilnie i wychylam się od razu znad krawędzi windy. – Nie znowu… – dodaję załamany.

Arena cyrkowa jest pusta. Ogień okalających ją świeczników dawno już zdążył dogasnąć. Wstaję gwałtownie. Ubieram się w pośpiechu. Nogi mi się plączą, gdy schodzę gorączkowo po drabinie. Nieistotne jest, czy spadnę. Jeśli Pola znów uciekła, tak jak za każdym razem, gdy próbowałem się do niej zbliżyć, nie znajdę jej tak prędko. O ile w ogóle ją znajdę! Wybiegając z namiotu cyrkowego, analizuję każdy szczegół nocy. Miała moment zawahania. Była chwila, gdy zamiast mnie, widziała jego. Nie mógłbym o tym zapomnieć, bo plecy, zadrapane przez nią do krwi, nadal pieką mnie niemiłosiernie. Ale parłem.  P a r ł e m!  A potem, spełniony, zasnąłem. I grubym niedopowiedzeniem jest nazwać to nierozwagą, bo czystszej postaci bezmyślności próżno się u kogokolwiek doszukiwać.

  • Panicz wreszcie się obudził!

Zatrzymuję się. Obracam przez ramię, zdyszany.

  • Phil? – pytam z niedowierzaniem.

Philip ubrany jest w wielgachną, pikowaną kurtkę. Spod jej rozchełstanych połów wyziera kraciasta, flanelowa koszula. Przyglądam mu się chwilę. Oczy mrużę. Bez stroju Świętego Mikołaja jest nie do poznania.

  • Szukam Poli – charczę bez zbędnych ceregieli.
  • Poszła na molo. – Podążam wzrokiem za jego palcem i naraz uderzają mnie dwie sprzeczne emocje. Poczucie ulgi, gdy ją spostrzegam, próbuje zwalczyć pretensję, że zostawiła mnie w cyrku samego.

Nie dziękując Philowi, w ogóle na niego już nie patrząc, wyparowuję w stronę molo. Idę szybko, machinalnie, ani na chwilę nie spuszczając jej z oczu. Dopiero, gdy wmaszerowuję na wybrzuszone deski pomostu, a one, jak na złość, trzeszczą pod moimi butami, zwalniam kroku i tracę pewność siebie.

  • Ta jedna, jedyna noc się skończyła. – Poraża mnie ton jej głosu i fakt, że nawet się do mnie nie odwraca.

Coś, czego nie umiem nazwać, ściska mnie za gardło i nie jestem w stanie nic z siebie wydusić. Zatrzymany wpół kroku, oniemiały, wgapiam się w jej wątłą sylwetkę. Poranek jest mroźny, a ona pod płaszczem ma tylko cyrkową sukienkę i cienkie, koronkowe rajstopy. W pierwszym odruchu, wiedziony troską, ściągam swój płaszcz i narzucam go na jej plecy. Nasze dłonie spotykają się na wysokości jej szyi, przytrzymując gruby, wełniany kołnierz. To tylko dotyk… przelotne muśnięcie… a kolana się pode mną uginają. Jeśli wcześniej chciałem za cokolwiek ją ochrzanić, teraz, oszołomiony, staję za nią, bardzo blisko, i obejmuję ją w talii zaborczo.

  • Musiałaś przypominać sobie o tym już o świcie? – Wtulam nos w jej włosy i chłonę zapach… nasz zapach… zapach naszej miłości…, na powrót się rozmarzając.
  • Caroline mi przypomniała – mówi beznamiętnie, a ja brwi marszczę, niewiele rozumiejąc. – Dała mi wczoraj aparat do utrwalania nowych wspomnień, a w nim są stare… stare wspomnienia… – Podnosi rękę i dopiero teraz dostrzegam, że jej blade i skostniałe z zimna palce naprawdę trzymają aparat fotograficzny. – Sam zobacz. – Przywarłszy do mnie plecami, włącza wyświetlacz.

Zdjęcia z cyrku, z sań Świętego Mikołaja, z domu, z przygotowań dziewczyn, z…

  • Co to? – Patrzę, a nie widzę. Widzę, a nie rozumiem. Wpatruję się w ekran i żądam potwierdzenia, a Pola, niepokojąco opanowana, bezzwłocznie mi go udziela.
  • To ja i O’Donnell feralnej nocy w jego aucie – odpowiada bez zająknięcia. Po tym, jak spogląda na mnie impulsywnie i zatapia w moich oczach swoje sarnie i nieprzeniknione spojrzenie, wzdrygam się, sztywnieję, zapobiegawczo zacieśniam objęcie. – Skąd ona to ma? – Słyszę jak przez ścianę, bo mój umysł, rozpracowując naprędce tę zagadkę, wydobył już z pamięci wszystkie najpotrzebniejsze obrazy.
  • Wczoraj na mieście para dziewczyn robiła mi zdjęcia. – Przełykam z odgłosem ślinę. – Przykułem ich uwagę, bo miałem lekką stłuczkę – tokuję już zaraz. – Poprosiłem, żeby skasowały zdjęcia. Stwierdziły bez ogródek, że jestem przewrażliwiony. – Wzdycham. Wciąż nie mogę uwierzyć w tak wielkie zrządzenie losu. Wyswobodziwszy na chwilę rękę, przecieram nerwowo czoło. – Caroline się nie cackała. Wyrwała im aparat i wyjęła z niego kartę.
  • Więc w środku jest karta tych dziewczyn? – Pola jest nie mniej ode mnie zdziwiona. – Dziewczyn, które p r z y p a d k i e m – akcentuje – były wtedy pod knajpą i tym samym przypadkiem znalazły się wczoraj na miejscu twojej stłuczki?
  • Fanki i przypadki nigdy nie chodzą w parach. – Wzruszam nieznacznie ramionami.

Jej lekko rozwarte usta zaczynają delikatnie drżeć. Nie protestuje, gdy zabieram aparat. Widok jej i O’Donnella wyprowadził mnie co prawda z równowagi, ale nie mogę tego okazać, nie teraz, a na pewno nie jej. I choć wszystko się we mnie gotuje, to:

  • Nie myśl o tym – proszę stanowczo. – Ta jedna, jedyna noc się może skończyła, ale…
  • Było pięknie – wtrąca nagle, a jej oczy, gdy zerkam na nie zbaraniały, rozbłyskują zniewalająco. – Dlatego właśnie musimy jak najszybciej uporać się z przeszłością – motywuje. – Jeśli nie jesteś za bardzo zmęczony, chciałabym prosto stąd jechać na komendę.

Pojęcia nie mam, skąd w niej tyle siły i determinacji, więc zawieszam się wpół oddechu, nie wiedząc, co powiedzieć. Ona za to, chcąc mnie uspokoić i zapewnić, że wszystko jest naprawdę w porządku, obraca się na pięcie i staje do mnie przodem. Oprowadzam spojrzenie po każdym centymetrze jej prześlicznej twarzy. Gdybym spostrzegł jakiś najdrobniejszy ruch, nie wiem – minimalne ściągnięcie brwi czy zapalczywe przygryzienie ust -  wyperswadowałbym ten pomysł i odwiódł ją od porywczego planu, ale jej mimika, postawa, energia, którą emanuje – to wszystko potwierdza, że jest już na to gotowa, a moje obowiązki ograniczają się wyłącznie do wsparcia.

Po drodze pałaszuję niemal cały prowiant, jaki przyszykował. Nieważne, że wczorajszy. Jestem szczęśliwa, zestresowana i nieprzyzwoicie głodna. Nastroje – wbrew pozorom – oboje mamy znakomite. Paddy nie włączył radia, pewnie w obawie przed tym, że moglibyśmy trafić na jakieś wiadomości, a co za tym idzie – wzmianki z aresztowań w dyskotece, ale w rekompensacie, akompaniując mojemu mlaskaniu, podśpiewuje co chwilę inną piosenkę, a moim zadaniem jest jak najszybsze odgadnięcie tytułu i wykonawcy. Nie idzie mi to sprawnie i mylę Prince’a z Maroon 5. Salwa zdziczałego śmiechu wstrząsa dość dużą przecież kabiną naszego vana, a ja, naśladując z powodzeniem nadąsaną minę blondynki, potęguję ją jeszcze bardziej. Kiedy on pokłada się dosłownie ze śmiechu, obejmuję jego dłoń na gałce zmiany biegów. Robię to z rozmysłem i diabelską perfidią. Czułam, jak zareagował, gdy zakładał mi na molo płaszcz, i jest mi tego mało. Jeszcze nie tak dawno bałam się, że nigdy już nie dotknie mnie bez wstrętu czy współczucia, a ta jedna, jedyna noc pokazała, że jesteśmy ponad to, ponad wszystko właściwie, i że chemia między nami jest niewyczerpana. Nadal nie wierzę, że tak łatwo pokonałam strach, że nie poddałam się nawet wtedy, gdy ponownie spojrzałam mu w oczy. Ale to nie moja, a Paddy’ego zasługa. To dla niego byłam w stanie na powrót przejąć kontrolę. Dzięki niemu znów czuję, że mogę wszystko!

  • Dziękuję – szepczę zduszonym głosem.

Paddy, łypiąc to na nasze dłonie, splecione na drążku, to na mnie, zdjętą niespodziewaną powagą, błyskawicznie milknie.

  • Zachowałeś zimną krew. Tam na górze – wyjaśniam. – Nie przerwałeś, nie przestałeś…
  • P a r ł e m!
  • Bo wierzyłeś we mnie! – Usprawiedliwiam go szybko. – Gdybyś nie spróbował, potraktowałbyś mnie znowu jak ofiarę, ja w efekcie znowu bym się tak poczuła i koło znowu by się zatoczyło.

Jego czoło marszczy się w zamyśle. Jego palce, drgnąwszy nerwowo, zadzierzgają się mocniej wokół moich.

  • Uwielbiam widzieć siebie twoimi oczami.
  • Muszę zacząć nosić okulary – dedukuje z kwaśną miną. – Jak będziesz wiedziała jak silną cię widzę, wstąpisz do jakiegoś SWAT’a.

Uśmiecham się, rozczulona, i przewieszam ramię na jego zagłówku.

  • To była jednorazowa akcja. – Głaszczę go po włosach.
  • Krótka piłka. Takie „raz na zawsze”, tak?
  • Jest tylko jedno „raz na zawsze”…
  • Więc wbij sobie do główki „raz na zawsze” – parodiuje mój ściszony i zmysłowy ton głosu – że nie cierpię budzić się bez ciebie obok.

Przełykam wzruszenie. Wiedziałam, że prędzej czy później wytknie mi tę niesubordynację, ale teraz, gdy to zrobił, nie wiem jak odpowiedzieć. Zmieszana i nieco nieobecna, pochylam się i kładę na jego ramieniu. Nasze dłonie nadal są splecione. Nadal na drążku. Bardziej patrzę na nie niż na drogę, zachwycając się pierścionkiem jego mamy i tym, jak mieni się olśniewająco, ilekroć jakaś smużka światła, przesmyknąwszy przez szybę, obleka powierzchnię zanurzonego w srebrze szafiru.

Pod komendę docieramy punktualnie w południe, po niespełna godzinie drogi. Paddy wysiada pierwszy, obiega samochód i jak zwykle otwiera mi drzwi. Kiedy stoję już na zewnątrz, ramię w ramię z nim i przodem do wejścia, tracę cały rezon. Sean, O’Donnel, Paul, Rubinek – widzę ich wszystkich w rozszalałych slajdach wyobraźni i…

  • Molly! – wykrzykuję znienacka. – Nie wiem nawet, co się stało z Molly!

Paddy nie zwleka. Przyciąga mnie do siebie i już zaraz, roztrzęsiona, zatapiam się w jego objęciu.

  • Jest bezpieczna. W pubie – szepcze w moje ucho.
  • Charles się zgodził?
  • Niewiele miał do gadania. – Odsuwamy się od siebie. Potrząsam bezrozumnie głową. – William ją ugościł.
  • William…? – Musiałam się przesłyszeć i powtarzam po nim impulsywnie.

Jego uśmiech jednak, kiedy jestem żądna jakieś szerszej wypowiedzi, zakańcza definitywnie rozmowę.

  • Spotkasz się z Molly później – tłumaczy. – Jeśli będziesz chciała, pojedziemy stąd do Doolin – mówi cicho, lustrując mnie granatem roziskrzonych, wyraźnie figlarnych oczu. – A teraz wdech… – Przygląda się z aprobatą, jak wciągam opornie powietrze. – I wydech. – Patrzy, jak je wypuszczam. – I jeszcze raz, swobodniej.

Posłuszna, uległa, zrobię wszystko, co tylko rozkaże. Nie bez znaczenia jest fakt, że to Will zawsze stosował tę metodę, a ona zawsze działała, i po paru minutach wchodzimy zziębnięci do gmachu zabytkowego budynku.

Nie wiem, co tu robię. Co oboje tu robimy! Oczywistym jest, że sprawę trzeba zakończyć, i doskonale pamiętam, że zobowiązałem się do tego, by przyprowadzić ją na złożenie zeznań, ale dopiero teraz, gdy wypełnia stos dokumentów, zaczynam pojmować, że wkrótce ktoś po nią przyjdzie i mi ją zabierze, że nie będę mógł jej towarzyszyć, a ona, sama, będzie musiała opowiedzieć o wszystkim, co ją spotkało, wracając wspomnieniami aż do tego pieprzonego zdjęcia. Zdenerwowany, torpedując wzorkiem każdego, kto tylko się w jego zasięgu przewinie, okrążam raz po raz korytarz. Pola stoi przy wysokim kontuarze, opanowana i spokojna, składając parafki na podsuwanych jej pod nos papierzyskach. Gdyby Jimmy nie zadzwonił, zszedłbym chyba na zawał.

  • Masz nasz cel na oku? – pyta konspiracyjnym żargonem.
  • Mój cel – poprawiam niewiele myśląc. – I tak, mam mój cel na oku. Jeszcze.
  • Potwierdź, że potrzebujesz posiłków. Odbiór.
  • Wal się! – wycedzam przez zęby. – Odbiór.
  • Wysyłam jednostkę specjalną.
  • Jak zobaczę w pobliżu blondynkę, łeb ci przy dupie ukręcę – świszczę jak najciszej do słuchawki, bo jakiś funkcjonariusz, taksując mnie podejrzliwie, nosi się chyba z zamiarem wyprowadzenia mnie z komendy.
  • Podaj współrzędne. Odbiór.
  • Cyrk Świętego Mikołaja nad rzeką Ballynacorra – odpalam z przebiegłym uśmieszkiem.
  • Pipidów na wygwizdowie… – Jim ironizuje. – Srały muchy, będzie wiosna!
  • Odbiór?
  • Bez odbioru.
  • Składamy zeznania, Jim – wykładam w końcu, z litości. – Pola postanowiła, że chce mieć to już za sobą, więc przywiozłem ją właśnie na komisariat.
  • A co z Sean’em? On też miał przecież zeznawać.
  • Jeśli mógłbyś, zajmij się nim sam. Lub z tą swoją jednostką specjalną – dopowiadam po namyśle. – My prawdopodobnie skoczymy później do Doolin. – Widzę kątem oka znajomego inspektora i podążam za nim wzrokiem aż do Poli. – Aniołku! – drę się na cały korytarz. Aniołek, obróciwszy się natychmiast, macha mi tylko ręką. – Cel oddala się z niskim mężczyzną, ubranym w policyjny uniform – komentuję ze zrezygnowaniem.
  • Zdejmij go!
  • To zaskakujące, jak łatwo przychodzi ci bycie obleśnym!
  • Nie mówiłem o uniformie, cymbale, tylko o niskim mężczyźnie.
  • Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz ze swoją jednostką specjalną – konkluduję z westchnięciem. – Słownictwo, pomysły, żałosne poczucie humoru… – Śledzę czujnie każdy krok Poli, póki nie znika za jakimiś odległymi drzwiami. – To wszystko jest już oklepane. – Zagryzając od wewnątrz policzek i analizując wszystko pospiesznie, łypię na dyspozytora za kontuarem. Facet, zawierciwszy się nerwowo pod moim spojrzeniem, krzywi usta w sztywnym półuśmiechu. – Mają mnie tu chyba za potencjalnego terrorystę – rzężę do Jima.
  • I słusznie. – Dostaję w odwecie. – Wiem, do czego jesteś zdolny, gdy odbierze ci się Polę.

Strząsam włosy z twarzy, rozpinam kołnierz płaszcza i podchodzę do lady, przy której stała jeszcze niedawno. Dyspozytor postępuje metodycznie i podczas gdy jedną rękę prostuje nienaturalnie na blacie, drugą wciska pod biurko. Pewnie ma tam jakiś guzik albo alarm, a jak go wciśnie, rzuci się na mnie zgraja policjantów w przedemerytalnym wieku, niezdolnych do pełnienia służby w terenie, wnioskuję.

  • Pani, z którą pan rozmawiał, to moja narzeczona. – Kiedy rozpoczynam dumny monolog, Jim wybucha śmiechem do słuchawki. Ignoruję go z łatwością, w ogóle nie zbity z pantałyku. – Niełatwo jej składać te zeznania i jest bardziej przejęta, niż można to było zauważyć – opowiadam pokrótce. – Dlatego też chciałbym pana prosić w jej imieniu o jedną drobną przysługę.

Wybałuszone gały policjanta w połączeniu z rechoczącym mi do ucha Jimmy’m nie są w stanie mnie zdekoncentrować. Stoję prosto, ze skrzyżowanymi w kostkach nogami. Oparty nonszalancko o wysoki kontuar, ze stężałym wyrazem twarzy, wpycham manierycznie rękę do kieszeni spodni.

  • To już wszystko? – pyta inspektor.

Międlę w palcach rożek płaszcza, oblizuję usta. Zawieszony na ścianie zegar właśnie wybija piętnastą.

  • Tak – odpieram. – To już wszystko. – Obejmuję pamięcią każdą sytuację, jaką przytoczyłam, i upewniam się raz jeszcze, że nic nie pominęłam. – Czy dowiem się wreszcie o Molly i Sean’a? – dopominam się w kolejnym porywie niepokoju. Inspektor przewraca oczami i wzdycha ostentacyjnie.
  • Nie mogę nic obiecać – mówi to już któryś raz z rzędu. W kółko to samo! Jakby nie znał procedur, podobnych przypadków, jakby nie miał bladego pojęcia, co grozi moim przyjaciołom. – Jeśli chłopak będzie zeznawał, powie nam coś ciekawego, pomoże w zebraniu dowodów i wskazaniu winnych, postaramy się o status świadka koronnego i nie tylko zostanie uniewinniony, ale też otrzyma naszą ochronę.
  • A Molly?
  • Tu, na ironię, przypadek jest trudniejszy.

Zaciskam zęby, żeby nie powiedzieć tego, co ciśnie mi się na język.

  • Nie zrobiła nic złego… – wykrztuszam zirytowana.
  • Dobrego też nic nie zrobiła.
  • O Sean’ie można dokładnie to samo powiedzieć!
  • Jego przewagą jest wiedza środowiskowa… – bełkocze, również pomału zaczynając się już denerwować. Kiedy podnosi na mnie swoje zmęczone, pocięte pajęczynką naczyń krwionośnych oczy, obejmuję się ramionami w geście naburmuszenia. – Rozumiem, czemu tak bardzo chcesz jej bronić. Przeżyłyście w końcu coś bardzo podobnego, strasznego. Konsolidujesz się z nią przez pryzmat krzywdy i cierpienia, ale nie dostrzegasz tego, co widzę ja, patrzący z boku i porównujący wasze postawy. Nawet jeśli nie była świadoma dokonywanych na niej i jej koleżankach gwałtów, wiedziała o handlu narkotykami, była tego świadkiem, i nie sporadycznie, a codziennie! Wiedziała, do kogo trafiają. Wiedziała, bo do dyskoteki przychodziły nastolatki. Naprawdę nie trzeba nadmiernej uczciwości, żeby nie przejść obok tego obojętnie, a fakt, że ta dziewczyna sama jest matką…
  • Proszę nie kończyć. – Wstaję gwałtownie. Krzesło, jakie z tarciem odsunęłam, niemal się przewraca. Przytrzymuję je jednak , ostatkiem przytomności łapiąc za plastikowe oparcie. Kiedy wydmuchuję zgromadzone w płucach powietrze, spoglądam z ukosa na zaskoczonego inspektora i: – Nie pozwolę, żeby poszła do więzienia – zapewniam podniośle.

Potem wychodzę. Wszystko we mnie się trzęsie. Przedzierając się przez szpaler pustych krzeseł na korytarzu, przeczesuję wzrokiem zgromadzonych przy kontuarze petentów. Że Paddy’ego tam nie ma, dociera do mnie w jakimś dziwnym przejawie paniki. Przyspieszam. Wybiegam. Z zawadiackim uśmiechem jest mu cholernie do twarzy. Stoi przy aucie, z założonymi na piersiach rękoma. Jego brwi wędrują pod nasadę ciemnych i lekko kręconych włosów, plątanych co chwilę rozszalałym tego dnia wiatrem. Chcę się zezłościć, ale jest zbyt przystojny. Pod jego spojrzeniem przeobrażam się w pokorną i bezwolną smarkulę, a gdy zbliżam się lekkim i nieśmiałym krokiem, ląduję z uwielbieniem w jego męskich, naprężonych ramionach. Wie, że coś poszło nie tak, ale o nic nie pyta. Nie zwalniając objęcia, wyjmuje z płaszcza pilot i kieruje go w stronę samochodu. Charakterystyczny sygnał zaprasza nas obojga do środka. Dopiero w jego wnętrzu, nieco już wystygłym, relacjonuję z wypiekami przebieg całego przesłuchania. Gadam jak nakręcona, nie szczędząc sobie emocji, przez całą drogę do doolinowego pubu. Nie mogąc ukryć oburzenia brakiem jakiejkolwiek taryfy ulgowej dla bądź co bądź ofiary tego okrutnego procederu, kilkukrotnie żądam od Paddy’ego deklaracji, że nie damy zrobić Molly krzywdy. W głowie mi się nie mieści, że tak drobna i łagodna dziewczyna jak mój Rubinek mogłaby zostać osadzona w jakimś areszcie na choćby dwadzieścia cztery godziny!

  • I za to właśnie cię kocham.

Entuzjazm Paddy’ego jest dla mnie niezrozumiały i mierzę go zdziwionym, jak nie osłupiałym wzrokiem. Zarys jego profilu odcina się od zapadającego już za szybą mroku. Płatki zadartego nosa rozdymają się rytmicznie, zwabiając przesycone jakimś dziwnym zapachem powietrze, a oczy, iskrząc się wręcz nieprawdopodobnie, zmuszają mnie do prześledzenia otoczenia. Wjechaliśmy właśnie na Fisherstreet. To przy tej ulicy, prawie na samym jej końcu, stoi pub Mortonów. Tym, co nadawało blask oczom Paddy’ego, są świece w oknach mijanych przez nas domów. Oglądam się na każdą, próbuję je zliczyć. Wzruszenie, chwyciwszy mnie za gardło, zupełnie odbiera mi mowę. Dreszcze na karku, łzy na policzkach i łomot bijącego w piesiach serca w pełni definiują mój zachwyt. Usta zasłaniam, gdy w oddali, niemal na horyzoncie, majaczy mi znajomy budynek.

  • Troszczyłaś się o nas. – Słyszę szept Paddy’ego. – Dzisiaj my zatroszczymy się o ciebie.

Silnik milknie. Drzwi z mojej strony otwierają się na oścież. Spuszczam głowę, kompletnie zażenowana, ale Will, pochyliwszy się, bierze mnie za rękę. Nie słyszę już tętna. Naraz zanoszę się szlochem. Jestem winna. Winna śmierci jego mamy! Nie zasługuję na jego wybaczenie, na kwiaty, na to, żeby mnie dotykał, ani nawet na to, żeby na mnie patrzył. Kiedy bezskutecznie usiłuję wbić się w fotel, pociąga mnie lekko, a zdecydowanie. Wychodzę, zmuszona, drętwieję. Mimowolnie wpadam mu w ramiona. Moje łkanie cichnie wraz z nagłym wybuchem oklasków. Wbijam palce w barki Will’a i zerkam na werandę spomiędzy jego czarnych, zwiniętych w loczki włosów. Jim z blondynką, Chuck z Evanną, Sylwia z Jonathanem, Barby z jakimś niemowlęciem i… Molly… mój Rubinek… szczęśliwa, rozpromieniona, bijąca brawo najgłośniej. Raptownie, oszołomiona niespodzianką, przywieram do Williama najmocniej jak tylko potrafię. Jego ręce zacieśniają się na mojej talii, jego ciało mnie przytula. Bez odrazy, wyrzutów, bez dbania o zachowanie pozorów. Szczerze.

  • Zmiażdżysz ją! – gromki krzyk Jima przedostaje się przez całą tę owację i parę osób, w tym też Paddy, zaczyna śmiać się radośnie.
  • Nie mógłbym jej skrzywdzić… – głos Williama wdziera się wibracją w mój umysł i instynktownie, wyprzedzając fakty, całuję go w policzek. – Nie chciałem cię skrzywdzić. Nigdy… – powtarza nieprzytomnie i odchyla się ode mnie tak niemrawo, jakby nadal nie był w pełni nasycony przytuleniem. Przygląda mi się z bliska z olbrzymią tkliwością. Do cna nią upojona, z trudem łapię kolejne oddechy. – Wiem już. Znam powody. Molly z Paddy’m wszystko nam opowiedzieli. – Obejmuje dłońmi moją buzię. – Zrobiłaby to samo. Byłaby z ciebie dumna. Ja… ja jestem z ciebie dumny… Przepraszam… – Bukiet kwiatów, podniesiony na wysokość moich piersi, szeleści w jego drżącej dłoni. – Ja wiem, że to nic, ale na początek…
  • Są piękne. – Wtrącam popędliwie. Potrząsając energicznie głową i przecierając nadgarstkiem policzki, staram się choć trochę uśmiechnąć. – Dziękuję – dopowiadam i niespodziewanie, na jakimś tajemnym pułapie podświadomości, czuję, że Paddy pojawił się tuż za mną. Obracam się bokiem do Will’a, przytulam ich obu jednocześnie. Chłopaki stykają się czołami, poklepują przyjacielsko po łopatkach. – Jesteśmy w domu…  - wymrukuję.

 

Blog Roku 2013

Posted: 31st Styczeń 2014 by Sheena in Keep On Singing

Moje Wy TBM’owe,
Zgłosiłam Keep On Singing do konkursu Blog Roku 2013. Abym mogła zakwalifikować się do III (ostatniego) etapu konkursu, potrzebne są głosy czytelników w postaci SMS’ów. SMS’y nie są drogie, ich koszt to zaledwie 1,23 PLN brutto. Haczyk jest taki, że jeden numer telefonu = jeden głos na dany blog. Stąd też chciałabym Was prosić o pomoc. Wszystkie szczegóły dotyczące głosowania i konkursu znajdziecie tutaj.
Jeśli zastanawiacie się, czemu nie zgłosiłam TBM, to jest on po prostu za długi :( Konkurs trwa krótko. Jurorzy mają określony czas na zapoznanie się z wyłonionymi w II etapie blogami. KOS jest nowy, a co za tym idzie – zdatny do ogarnięcia w jeden wieczór. Mam nadzieję, że razem z Wami przyniesie mi troszkę szczęścia :)
Buziam!

252. OUR LOVE IS STRONG

Posted: 10th Styczeń 2014 by Sheena in Thanking Blessed Mary – tom II


Siedzę wbity w krzesło, gapiąc się na nią z dalekim od taktownego, psychopatycznym wręcz zacięciem. W myślach gratuluję sobie szczęścia, bo siedzę w ciemności. Wszystkie te dwuramienne, stylowe niezwykle świeczniki, zawieszone na okalających arenę balach, skierowane są na Polę, a mnie spowijają mrokiem. Skupiony na płytkim, zrywanym raz po raz oddechu, śledzę z zapałem jej ruchy. Choć jej drobna sylwetka przemieszcza się po placu leniwie, to jest coś w tych manewrach, jakaś ciekawość świata; silna potrzeba, by poznawać go w sposób empiryczny, za pomocą wszystkich dostępnych i najbardziej obiektywnych zmysłów. Pola jest zachwycona. Autentycznie pełna uznania. Po wyściełającym arenę piachu, rozsypanym tu z pewnością z myślą o popisach zwierząt, kroczy pomału, majestatycznie, rozglądając się z urzeczeniem po opustoszałym już wnętrzu namiotu. Gdy natrafia na nie zaprzęgnięte już sanie, okrąża je bez pośpiechu. Palcami wyciągniętej w bok ręki bada ich obrys, strukturę, lub coś jeszcze, co nawet mi do głowy natenczas nie przychodzi. Czymkolwiek się kieruje, doświadczając wszystkiego tak fizycznie, jest w tym czysta magia… i mnóstwo rozbrajającej kokieterii. Nie muszę prowokować wyobraźni. Sama się już rozhulała. Ilekroć przymknę oczy i nawet gdy robię to na sekundę, mój umysł zalewają wizje, a ciało dreszcze, co – na ironię – otępia mnie jeszcze bardziej, choćby się to wydawało niemożliwe.
Mogę spychać tę świadomość w najgłębsze otchłanie swej duszy, ale ona wraca, silniejsza po wielokroć, by przypomnieć mi, jak wiele mam do stracenia. Perspektywa, że zostanę odtrącony, jest znacznie łaskawsza od jej kolejnej ucieczki. I pomimo tego, że nawet dziś mi obiecała więcej ode mnie nie odejść, mam ją za krótko i nie jestem w stanie w to uwierzyć, nie dlatego, że jej nie ufam, a dlatego, że jej deficyt jeszcze długo nie zostanie mi wynagrodzony. Przeraża mnie, że nie mogę się nią nasycić. Że nawet teraz, gdy powinienem już być obok, odwlekam ten moment, dozuję sobie przyjemność, z każdej chwili, nawet tej niepełnej, wyciskając co tylko się da. Okłamałem dziś Jimmy’ego. Teraz dopiero rozumiem, jak obłudnie. Gdyby tylko była taka możliwość, byłbym pierwszym, który zamknie ją w klatce. Nienawidzę się za to, naprawdę się za to nienawidzę, ale nie mogę poradzić nic na to, że jestem tak szpetnie okaleczony. Lęk przed jej stratą zostanie już we mnie na zawsze. Przed każdym posunięciem będę musiał najpierw się upewnić, że nie przestraszę jej, nie spłoszę, że nie zrobię lub nie powiem czegoś, co mogłoby ją odepchnąć. To trochę jak stąpanie po cienkim lodzie, gdy stopę wysuwasz nie po to, żeby ją postawić, a po to, by musnąć nią podłoże, uspokajać się stopniowo, że wcale się pod tobą nie zapadnie. To coś… To coś jak nasz pierwszy pocałunek w parku na stawie, z tą tylko różnicą, że wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę znaczy być nieszczęśliwym.

Pięknie to zaaranżował. Wszystkie lęki i zmartwienia przebrały się na ten wieczór, pozwalając mi udawać kogoś, kim nie jestem, a kim przecież byłam. Pławię się w rzeczywistości, jaką stworzył, tak mało wiarygodnej, że drżę na samą myśl o przebudzeniu. Miejsce, które zwykle tętni życiem, zarezerwowane jest dzisiaj tylko dla nas dwojga. Paddy’ego nie widzę. Skrył się na trybunach, gdzieś po drugiej stronie światła, do tego stopnia napięcie potęgując, że ślinę co chwilę przełykam, nie wiedząc, skąd uderzy. Osaczona nieprzenikliwością mroku, oślepiona blaskiem pląsających dookoła płomieni, powinnam czuć się jak złapana w sidła zwierzyna, a jednak – choć ku mojej udręce – jest zupełnie inaczej. Zmysły mam nadwrażliwe. Wyostrzone do granic absurdu. Rozkoszuję się wszystkim, co normalnie wydaje się błahe, celebrując oczekiwanie huczącym od emocji smakowaniem i zaznajamianiem się z tym obcym bądź co bądź otoczeniem. Fascynują mnie sanie, rozrzewnia mnie widok rozłożonych w nich półmisków z prowiantem, jaki Paddy wziął dla nas na drogę. Podnieca mnie ta dziwna winda, zawieszona pod sklepieniem namiotu…

Gdy wchodzi na sanie i spogląda wysoko nad siebie, wiem, że nadszedł ten moment. Podnoszę się z krzesła, chwieję na miękkich kolanach. W ręku ważę dzwonek Mikołaja Phila, ciągle jeszcze przyklaskując pomysłowi i kwestionując go na przemian. Nie wiem, jak zareaguje. Nie wiem, czy nie zrażę jej jednoznacznością. Nie wiem, czy jest w tej chwili ktoś bardziej rozdarty na świecie! Na zawieszonej nad nami szali jest wszystko to, co najcenniejsze w moim życiu. Jeśli spuszczę ją na ziemię, może spaść z niej i poturlać się daleko, w nieznanym mi nawet kierunku. Może też się rozbić, a ja mogę już nigdy tego nie posklejać. Ale kto się będzie cieszył z przywilejów szybowania, nie znając uprzednio znoju i marazmu przyziemności?

Postawny cień majaczy w oddali nadzieją. Podążam za nim po trybunach, obracając się powoli wokół własnej osi. Mankiety jego koszuli, bieląc się pod rękawami ciemnej, zlewającej się z tłem marynarki, zatrzymują się dopiero za mną, pod tą ścianą cyrku, za którą zniknęli artyści. Widzę, jak po coś sięgają; widzę błysk metalu w jego palcach, słyszę chrzęst puszczającego pod kluczykiem zamka. Paddy wykorzystał dzwonek Mikołaja, grzmi mi w głowie. Otworzył nim niewielką, przymocowaną do ściany skrzynkę, w której coś, co wymaga ukrycia lub zabezpieczenia, ma teraz na wyciągnięcie ręki. Kiedy po to sięga, opuszczając to ku dołowi, rozlega się głośny chrobot trących o siebie olbrzymich połaci kruszcu. Przestraszona, osłaniam odruchowo głowę. To, co na nią spada, nie ma jednak ani spodziewanej wagi, ani siły rażenia, w takie zdumienie mnie wprawiając, że najpierw się lekko, z niedowierzaniem wręcz uśmiecham, a potem, dłonie w górę wyrzuciwszy, łapię w nie leciuchne, kołyszące się w powietrzu pierze. Paddy przejrzał mnie na wylot i ta osobliwa winda, składająca się tylko z podłogi, zjeżdża do mnie, wzburzając swoim ruchem tumany mlecznego, zasnuwającego ją puchu. Widok jest baśniowy. Oto stoję w wielkich mikołajowych saniach, z wyciągniętymi ku górze ramionami, chichocząc tak, że oddechu mi starcza, i chwytając w dłonie tyle piórek, ile tylko zdołam zawłaszczyć. To nic, że wszędzie przywierają, że jakieś jedno, przefrunąwszy mi pod nosem, przyprawiło mnie o kilka kichnięć z rzędu. To nic, że Paddy się śmieje, patrząc na mnie z daleka. Od dawna nie czułam się bardziej beztrosko niż teraz…

Dziewczęca, promienna, niewinna – tak bardzo pocieszna, że bez skazy. Nie mogę opędzić się od wrażenia, że wszystkie te nieprzyzwoite myśli są największą niegodziwością, do jakiej mogłem się w ogóle posunąć. Pola jest niematerialna. Nawet jeśli istnieje, to w jakichś dalekich i nieuchwytnych zaświatach, które tylko przez przypadek, oświetlone niezmierzoną jasnością, rzucają cienie goszczących tam istot na spękaną ziemię padołu, nad który nigdy sam się nie wzniosę. Kiedy zeskakuje z sań, to tak, jakby nic, ale to nic nie ważyła. Z tą samą lekkością podbiega i wchodzi na windę, by chwilę później, zaszczyciwszy mnie najbardziej ujmującym uśmiechem, rozsiąść się z wdziękiem wśród puchu. Chwili potrzebuję, by nieco się po tym otrząsnąć. Kiedy widzę, że jest gotowa, sięgam do dźwigni i podnoszę ją z wolna do góry. Winda wtedy wzbija na powrót w powietrze. Z wysokości, na jaką wjeżdża, nie widzę już ani pierza, ani Poli. Po tym, jak zablokowuję dźwignię, włączam jeden z kilku guzików na konsoli. Plandeka namiotu pokrywa się soczystym błękitem rzucanego przez sceniczne reflektory światła. Choć nie widzę jej miny, wiem, że jest wniebowzięta.

Jest jak w naszej sypialni. Wszędzie, gdzie nie spojrzę, niebiesko. Zawieszona w przestworzach, sparaliżowana wysokością, z trudem zaczerpuję powietrze. Jedna z zawieszonych wokół drabin, wszystkich splecionych z grubego i wytrzymałego sznura, zaczyna się energicznie poruszać. Siadłszy na kolanach, przesuwam się do brzegu windy. W chwili, gdy chcę się wychylić, wyłania się spod spodu twarz Paddy’ego, zmęczona wspinaczką, choć chyba też wystraszona. Podaję mu rękę, uśmiecham się najszerzej jak potrafię. Ze wszystkich popisów, jakie miałam już przyjemność dziś oglądać, ten jest tym najbardziej ryzykownym, bo Paddy, spiesząc się najwyraźniej, nawet nie przypiął sobie linki asekurującej. Choć mam ochotę skrzyczeć go za lekkomyślność, wciągam go na windę bez słowa, ze wszystkich sił koncentrując się na tym, by jego dłoń nie wysunęła się z mojej i znalazła wkrótce tak blisko, jak to tylko możliwe. W duchu dziękuję za szyny, do jakich dźwig jest przytwierdzony, bo tylko dzięki nim i ich masywności nie bujamy się, i nawet nie chwiejemy, doznając odrobiny niezbędnej w tych warunkach stabilności.

  • Jesteś szalony, wiesz? – Słyszę już na górze.

Przyklękuję przed nią, na jedno kolano, i wyszczerzam się w błazeńskiej arogancji.

  • Powiedz, że ci się nie podoba, a odbiorę to za krytykę.

Bardziej zmęczyły mnie nerwy niż wspinaczka i dyszę przez moment, nie mogąc się tak łatwo i szybko uspokoić.

  • Wiesz, że kocham wysokość.
  • Wiem też, że kochasz niebieski – nadmieniam dumnie.
  • Ukartowaliście to wszystko, gdy spałam?
  • Raczej wtedy, gdy się szykowałaś – precyzuję. – Nie wiedziałem wcześniej, czym tu dysponują.
  • Do czego im służy ta winda?
  • To część świątecznego show – wyjaśniam na wdechu. – Sanie Mikołaja na niej zjeżdżają.
  • Stąd to pierze?
  • W niebieskim świetle wygląda i mieni się jak śnieg – przyznaję. – Sam jestem ciekawy, jak to im współgra w całości, podczas występu.
  • Możemy się tu wybrać, jutro lub pojutrze.
  • Znam kilkoro dzieci, które bardzo ta rozrywka ucieszy – urywam zdrętwiały.

Pasmo czarnych, błyszczących niesamowicie włosów zsunęło się z jej ramienia. Gdy opadło na jej jędrne, wyzierające znad gorsetu piersi, odgarnęła je niby od niechcenia, zarysowując przy tym swoją gładką skórę długim i ciemnym paznokciem. Teraz dyszę już nie ze zmęczenia. Wzrok odciągam z wysiłkiem. Obraz jej kształtnych, wzburzonych oddechem piersi pozostaje mi mimo wszystko przed oczami. Nie potrafię już na nią patrzeć, nie przypominając sobie każdej chwili, jaką spędziliśmy razem; dotyku jej zręcznych dłoni, smaku jej miękkich ust, zapachu jej skóry na całym moim ciele, gdy po tym, jak się kochaliśmy, przytulała się do mnie łapczywie. Przez nią tracę głowę. Przestaję się przy niej kontrolować. Mimo całej swojej świadomości i strachu, który wciąż mnie trzyma w ryzach, nie mogę i nie chcę jej nie pragnąć. Zwłaszcza że właśnie wtedy ode mnie uciekła, gdy ją odtrąciłem…

  • Pamiętasz tamten basen? – pyta cicho, a ja czuję, jakbym dostał czymś w tył głowy. – Wtedy bałam się, że będę gorsza od Lisy – snuje niepewnie, półszeptem. – Dzisiaj boję się, że będę gorsza od samej siebie sprzed… sprzed…

Kładę impulsywnie palec na jej ustach. Nie chcę tego słyszeć.

  • Zostawiliśmy to w domu, pamiętasz? – imputuję z mocą, nie odrywając oczu od jej pełnych, niezwykle ponętnych ust, muśniętych uwodzicielsko lekko połyskliwym szkarłatem. – Na tę jedną jedyną noc – powtarzam sugestywnie – zostawiliśmy to wszystko za sobą. – Patrzę na nią z bezmiarem eksplodującej we mnie miłości. – Nie bój się – wykrztuszam. – Niczego od ciebie nie oczekuję. – Naprawdę w to wierzę. Nie kłamię. – Sam fakt, że tu jesteś, że mogę na ciebie patrzeć; już samo to jest ponad wszystko, czego mógłbym sobie życzyć. – Wzruszam ramionami, czując się niewysłowienie szczęśliwym. – Chodź. – Ręce wyciągam, a Pola, podniósłszy się na kolana, zanurza się ochoczo w moim objęciu. Kładę ją na miękkim i puchatym pierzu, tak ostrożnie, jakby była z najdroższej na świecie porcelany. – Spróbujmy może… – Sam nie wiem, skąd to, czemu teraz, czemu tutaj… – Spróbujmy może po prostu obok siebie poleżeć? – pytam bardziej, niż stwierdzam, i układam się obok, na boku, podpierając się na łokciu i spoglądając na nią z podziwem.

Spąsowiałe policzki same się o to proszą. Pochylam się nad jednym i usta do niego przytykam. Jest ciepły, rozgrzany od emocji, pachnie czymś, czego nie umiem zdefiniować; uwodząco, bardzo przyjemnie. Upojony aromatem, z nosem przy jej jaśminowej skórze, zsuwam usta na jej żuchwę, jej szyję, zatrzymując się dopiero tuż nad obojczykiem, zelektryzowany bliskością biustu i oprzytomniały na tyle, by uzmysłowić sobie z katorgą, że jedno mówię, drugie myślę, a trzecie jeszcze robię, nie oczekując od niej niczego ponad to, że się podda. Gdy spoglądam na Polę – pewien, że odepchnie mnie lub zbeszta w najlepszym wypadku – robi mi się zimno i gorąco, i znowu zimno i gorąco, i zimno, i gorąco…! Jej błogo zmrużone oczy śledzą mnie z półświadomością. Długie rzęsy, podwinięte zalotnie, rzucają smukłe cienie na rumiane namiętnością policzki, a w rozchylonych kusząco ustach, między dwoma rzędami równych, błyszczących wilgocią zębów, utknął koniuszek mieniącego się w świetle języka; bezsłowna obietnica czułości, której oprzeć się już nie dam rady.

Nie chcę tylko „po prostu leżeć”! Nie rozumiem, jak może nie widzieć, że błagam go o niego całą sobą! Niczego nigdy nie byłam bardziej pewna, jak tego, że chcę go tu i teraz, bez względu na tych kilkanaście, dzielących nas od ziemi metrów i brak jakichkolwiek, odgradzających nas od nich barierek. Prawdę mówiąc, im większe podejmujemy ryzyko, tym bardziej jestem podniecona. I nie mógł o tym nie wiedzieć, aranżując w ten sposób to swoje „tylko sobie poleżymy”! Żeby chociaż nie kulał po mnie tymi pięknymi, drżącymi ze zniecierpliwienia wargami, i nie uśmiechał się szelmowsko, czego rano już zresztą miałam mu kategorycznie zabronić, ale drażni wszystkie moje zmysły i receptory, prowokując coś, co muszę zrobić dla ratowania swojej nieludzko zmaltretowanej już duszy. Naraz, uderzona tą myślą, łapię go mocno za ręce. Nie czuję oporu, wręcz przeciwnie. Zachowuje się tak, jakby tylko na to czekał. Przyciągam go, z powrotem do góry, patrzymy sobie w oczy z tej samej wysokości. Ukradkiem widzę, jak wspiera się po bokach mojej głowy na zaciśniętych w pięści dłoniach, jak jego ciało, chcąc zająć strategiczną pozycję, przemieszcza się nade mną, niespiesznie, by po chwili oblec mnie zewsząd najbezpieczniejszym z możliwych ciepłem. Gdyby tylko zechciał nigdy mnie z tej słodkiej pajęczyny nie uwalniać, zastygłabym w niej z wdzięcznością, niczego nie chcąc już dotknąć, poznać i zobaczyć. I widzę, że on to widzi. Widzę, że zdaje sobie sprawę z tego, jak na mnie działa, bo kąciki jego ust, gdy swoje do niego wyciągam, unoszą się do góry, zawadiacko, igrając ze mną, torturując mnie z niewinnym na pozór uśmiechem, sprawiając, że płonę, że wiję się już z pożądania, a całe moje ciało skamli o jeszcze jeden pocałunek, o jeszcze jeden dotyk… o jeszcze jedno „a może po prostu”. Przywieram do niego. Przywieram do niego tak mocno, aż przez cienki materiał swojej kusej i frywolnej sukienki wyczuwam każdy centymetr jego idealnego, rozogniającego mnie ciała. Jego oddech się spłyca, a serce wali jak szalone. Gdy wślizguję się dłońmi pod perfekcyjnie odprasowaną koszulę, czuję pod opuszkami naprężające się mięśnie jego pleców, barków i ramion, odchodząc przez to od i tak szwankujących już zmysłów. W zagłębieniu jego szyi, tam gdzie nos zaciekle wściubiam, odnajduję zapach, który całkiem mnie odurza. Zapach Paddy’ego. Zapach mojego życia. Zapach, który zawsze bym rozpoznała, choćby całą zgrają świat mnie z powodzeniem napastował. Paddy wie, jak pachnie, gdy jesteśmy razem. Nie mniej ode mnie zamroczony, otumania się tym z lubością. Gdy wreszcie, po miliardzie uderzeń naszych serc, wplata palce w moje włosy, odchylam głowę i mruczę coś niezrozumiale, nie odważając się ani na chwilę spuścić z niego wzroku. To jedno musi pozostać. Tego jednego nigdy nie zostawię za sobą. Gdy będzie mnie całował… a będzie mnie całował… będę patrzeć mu w oczy… Dopóki nie umrę ze szczęścia.

Całuję ją tak, jakbym ją stracił, odzyskał, czuł, że znowu mi się wymyka, i pod żadnym pozorem nie pozwalał jej odejść. Bez umiaru, pazernie, tak bardzo drapieżnie, że życie mógłbym z niej wyssać. A stanie się to, bo nie umiem już przestać, spowolnić, zatrzymać się na zaczerpnięcie powietrza czy oprzytomnienie. Mogę się za to przeklinać, przywoływać w wyobraźni obraz wygrażającego mi Jima czy nawet blondynki, ciskającej we mnie najmniej wyszukanymi obelgami, lecz nic to nie da, gdy wiem, że Pola mnie pragnie! Przypomniałem sobie, jak smakuje życie, i zachłystuję się nim aż do omdlenia, aż do momentu, gdy wszystkie mięśnie w moim ciele się rozluźnią, doznając najmilszego ukojenia. Kaskada jej włosów spływa meandrami na pierze, prześlizgując się między moimi sztywnymi od napięcia palcami. Nie wiem, że ciągnę je za mocno, że ból jej tym sprawiam być może, nie wiem, bo i mnie wszystko boli, łaskocze i piecze, nie pozwalając skupić się na niczym innym, jak gubieniu pocałunków na jej smukłej, wygiętej w łuk szyi i obfitych, coraz bardziej twardniejących piersiach. Kiedy jęczy pod ostatnią z pieszczot, a jej usta szeptem okalają moje imię, zaciskam ręce na koronce jej gorsetu i zsuwam ją powoli, do dołu, odsłaniając tym ruchem najbardziej precyzyjną wypukłość, jaką Bóg w moim życiu ukazał. Jej piersi są niesamowite; dorodne, jędrne, wrażliwe na najmniejsze, najbardziej subtelne bodźce. Wystarcza, że się zbliżam, a rozkwitają pełnią swojej krasy, wyciągając się ku górze jak uśpione dotąd kwiaty do pierwszych promieni wschodzącego dopiero, ożywczego dla nich słońca. Scałowuję z nich każdą pozostałość chłodu bezwzględnego poranka, każdą pojedynczą kroplę słonej, pachnącej tęsknotą rosy. Pola przy tym jęczy. Doprowadza mnie tym do szaleństwa! Jej drżące palce, podrygując niespokojnie wzdłuż mojego kręgosłupa, zatrzymują się nagle, kompletnie bez zapowiedzi, na moich pośladkach, zaciskają na nich wraz z jej cichym, nieznośnie wymownym westchnięciem, i zsuwają zaraz później wzdłuż krawędzi paska moich spodni aż do sprzączki, aż do jej krnąbrnego zapięcia, rozprawiając się z nim ze zręcznością, której w ogóle natenczas nie pojmuję, i ściągając ze mnie wszystko w triumfalnym akompaniamencie huraganowych już oddechów. Stłumiony okrzyk puchnie mi w suchym gardle. W moim mózgu wybucha rebelia, której ona jest agitatorem. Nie waham się już, nie mam wątpliwości. Misterny ażur jej seksownej bielizny ścieka wzdłuż jej bioder, wzdłuż jej ud, aż do kolan, zsuwany przeze mnie w pośpiechu, bez właściwej celebracji, ku czci spełnienia, za jakie – myślę – mógłbym, a nawet chciał umrzeć! Kiedy zerkam na nią w ostatnim przypływie zakłócanej już od dawna trzeźwości, wyszukując najlichszej oznaki sprzeciwu, strachu lub zniechęcenia, a ona obejmuje mnie najckliwszym i najpożądliwszym ze spojrzeń, hamuję, spowalniam, otaczam jej szczupłe ciało napiętymi i silnymi jak nigdy ramionami, i po prostu ją przytulam. Tkwimy tak moment, objęci, doskonale dopasowani, rozkoszując się tym zestrojeniem aż do kompletnego zatracenia. Dopiero wtedy, gdy czuję, że odpływam, a w ostatecznym podrygu łapię za jej krzepkie i sprężyste pośladki, wtedy, gdy po raz pierwszy, kosztując nieprawdopodobnej ekstazy, zatapiam się w niej energicznie, nie zważając na łagodność, ostrożność i inne wydumane frazesy… wtedy dopiero czuję, jak sztywnieje w moim objęciu… i wtedy też, łypiąc na nią z przerażeniem, widzę w jej oczach kogoś, kim z pewnością nie jestem.

Widzę go. Widzę go tak samo wyraźnie, jak tamtej nocy, gdy nazywał mnie swoją laleczką. Chcę krzyknąć. Chcę płakać. Chcę zapaść się pod ziemię wraz z każdym jednym błędem, jaki popełniłam. Czuję, jak kulę się pod jego ciężarem. Jak zasłaniam rękoma wszystko to, co zdążył już przecież ograbić. Hałas ustaje. Cisza go nagle wypiera. Pod paznokciami mam krew rozdartej i nadal rozdzieranej skóry. Bronię się. Choć nie ma już niczego, co mogłabym mu wydrzeć, wciąż się bronię, tak jak wtedy tego nie robiłam. Do rzeczywistości, przywołana cichym syknięciem, powracam szybko, jak po pstryknięciu palcami przez hipnotyzera. Nad sobą mam Paddy’ego. Jednak Paddy’ego! Jego usta zaciskają się i bieleją, zagryzane bólem, którego ja, o dziwo, jestem tym razem sprawczynią. Rozluźniam skostniałe, zadzierzgnięte z desperacją dłonie. Czuję lepką wilgoć na opuszkach. Zsuwam ręce z jego pleców, rozumiejąc już, że zadrapałam je aż do krwi, głęboko, ulegając okrucieństwu nonsensownego urojenia. Przeprosiny więdną mi na ustach, niewystarczająco wartościowe. Zapadam się w sobie. Zapadam się w szafirze jego spojrzenia.

  • Ja nie chciałam, aniołku, ja tak bardzo, bardzo nie chciałam… – wypluwam chaotycznie. – To nie ty, to ja, ty byłeś bardziej niż cudowny…
  • Nie byłem.
  • Byłeś.
  • Będę. – Choć czoło marszczy, wciąż zmagając się z bólem, kładzie mi palec na ustach. Znowu… Znowu powodując, że mu ulegam.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło! Jak bardzo musiałem zidiocieć napierając z całej siły na coś tak niewysłowienie kruchego! Przeorać to mi całe plecy powinna! I nie paznokciami, a grubym, skórzanym biczem! Kretyn. Palant. Napaleniec za dychę i dewiant! Pola, dygocząc przeraźliwie, wtula się we mnie tak, jakby to ona z nas wszystkich była najbardziej winna! Otulam dłońmi jej maleńką, rozpaloną główkę. Przyciskam do niej rozszalałe w furii usta. Odtąd nie wypuszczam jej z objęcia. Patrzę w jej oczy, skrzące się poczuciem bezzasadnej winy, i naprawdę chce mi się płakać, płakać ze szczęścia! Bo pomimo całej tej popędliwości, nie uciekła. Nadal jest tu ze mną. I dalej, mimo wszystko, się kochamy. Wolniej, ostrożniej, w najczystszej, najtrudniejszej do pojęcia egzaltacji, kiedy czas przystaje w miejscu, pozwalając i chcąc być marnowanym, a w całym wszechświecie nie ma przypadków tej rangi, żeby były nam w stanie przerwać lub przeszkodzić. Pojęcia nie mam, jak to robi, albo dawno już zapomniałem, że nie istnieje nic od nas silniejszego, ale czuję, że przełamujemy wszystko, wnosząc się wyżej, niż już się wznieśliśmy, niewyobrażalnie wysoko, nie mając nad sobą niczego, czym moglibyśmy musieć się przejmować, i mając u swoich stóp wszystko, czym od dzisiaj, we dwoje, będziemy sterować wedle własnych, choćby i najdziwaczniejszych upodobań. Bo razem… razem możemy wszystko.

Kontynuacja Keep On Singing

Posted: 30th Grudzień 2013 by Sheena in Keep On Singing

Kontynuację Keep On Singing przenoszę na bloga Keep On Singing
Od tej pory TBM to tylko TBM, a KOS to tylko KOS.
Mam nadzieję, że podział ten będzie czytelniejszy i bardziej sprawiedliwy.

Z okazji jutrzejszego dnia (a właściwie to nocy) chciałabym życzyć Wam wszystkim szampańskiej zabawy i samych cudów w 2014 roku.
Spełniajcie marzenia! :) :*

4. ONLY FOR A WHILE

Posted: 22nd Grudzień 2013 by Sheena in Keep On Singing


Czuła się sobą dopiero wtedy, gdy matka na nią spojrzała. Nawet jeśli tylko po to, by zwrócić jej uwagę, zganić za niechlujny wygląd czy za nietaktowne zachowanie; nawet wtedy czuła się dumna… lub zwłaszcza wtedy… gdy wszyscy wokół wiedzieli, że jest córką tej kobiety, że są razem. Jolene mogła z niej drwić, żartować, mogła na nią krzyczeć, kiedy tylko chciała. Dla Maddie była wzorem do naśladowania, istnym obiektem kultu i bezwarunkowej miłości. Szykowna, przepiękna, z nobliwym uśmiechem na swych pełnych i wyszminkowanych ustach, przyciągała uwagę i odpowiednio nią później kierowała, niczego nigdy nie pozostawiając przypadkowi. Odkąd wróciła, Maddie się pilnowała. Czuwała też nad tym, by i inni się stosownie sprawowali. Sądziła, że tylko wtedy matka z nią zostanie, gdy nie będzie się nikogo i przed nikim wstydzić. To dlatego Paddy ją rozzłościł. Dlatego też go przegoniła. Był prostacki i zuchwały, nie pasował do wydumanego obrazka. Skrytykował jej matkę. Jej matkę! I nieważne, że zrobił to poniekąd w jej obronie. Z ulgą patrzyła, jak odchodził w stronę rodzeństwa. Z obrzydzeniem, jak rozstawiał instrumenty.

  • Jest ci posłuszny. – Usłyszała nagle. – Je ci z ręki. – W oczach jej pociemniało. – To dobrze, księżniczko. – Kamień spadł jej z serca. – W życiu trzeba takimi ludźmi się otaczać, którzy zrobią dla ciebie wszystko. – Zerknęła spode łba na matkę, która właśnie teraz, przyglądając się chłopcu spod zmrużonych powiek, zaciągnęła się ponownie papierosem. – Nieważne, jak wyglądają, jaki mają status społeczny, czy cieszą się szacunkiem i dobrą passą. Ważne, by byli ci wierni.
  • Nie rozumiem – odparła po chwili, ze strachem.
  • Gdy będzie chciał kiedyś pocałować cię w usta, ty go pocałuj pierwsza, w policzek. – Jolene, brwi przebiegle uniósłszy, dmuchnęła w Maddie chmurą mlecznego dymu. Dziewczynka przytknęła piąstkę do buzi i z trudem stłumiła napad spowodowanego tym kaszlu. – Nigdy nie dawaj wszystkiego, na czym komuś zależy, bo gdy tylko to zdobędzie, przestanie się o ciebie starać.
  • Ale ja mam dopiero siedem lat…
  • I dobre perspektywy przed sobą! – Kobieta wiedziała, jak wpłynąć na swoją córkę. Przysunęła się do niej, pogłaskała ją czule po włosach. Kiedy mała wskutek tego ożywiła się i chciała ją przytulić, pokiwała karcąco palcem. – Znaj swoją wartość i panuj nad emocjami – zrugała ją bezzwłocznie. – Rezerwuj takie gesty dla wybranych. Dla tych, nad którymi chcesz mieć kontrolę. – Maddie, potrząsnąwszy pokornie głową, przetarła wilgotniejące oczy. – Tacy muszą czuć się wyjątkowi. Muszą wiedzieć, że tylko na nich ci zależy. – Rzuciła na chodnik papierosa, przydepnęła go swoim obcasem. – Nawet jeśli wcale tak nie będzie. – Westchnęła przeciągle, kończąc tym samym swój dyskurs.

Lada moment miał się zacząć koncert, a one wciąż siedziały daleko, na kamiennej obręczy fontanny. Od chlupiącej wody za ich plecami bił przyjemny i orzeźwiający chłodek. Jolene nie była zadowolona z miejsca, jakie Dan wybrał na występ. Perfekcyjna w każdym calu, niczego nie nienawidziła bardziej od swędu spieczonej słońcem skóry, nadmiernie w dodatku spoconej. Nie sprzeciwiała się jednak Danowi. Nigdy. Był zaradny, uczynny i obiecał jej przecież pomoc. To za jego prośbą zgodziła się donosić tę przeklętą ciążę, choć nie było godziny, by nie wyrzucała sobie tej nieprzemyślanej słabości. Jej życie byłoby prostsze, gdyby w żadną ciążę nie zaszła. Ciągnęło ją do świata, do przygód; do szans, jakie dzień w dzień traciła. Ceniła Louisa za jego szlachetność, uczciwość i opiekę, jaką ją otaczał, ale nigdy go nie kochała. Nikogo nigdy nie kochała. Nie spotkała mężczyzny, o którym mogłaby powiedzieć, że jest jej godzien. Nawet jeśli taki się urodził, stracił nadzieję, że ją znajdzie, i czezł u boku nie dorastającej jej do pięt kobiety, tracąc również na swej własnej atrakcyjności. Utknęła więc z Louie’m, jak go pieszczotliwie, choć z sarkazmem nazywała, a za miesiąc miała ugrząźć też z cuchnącym zasmarkańcem, zasypana pieluchami po poczerwieniałe z niewyspania oczy. W konkluzji przemyśleń wyciągnęła następnego papierosa. Zbyła spojrzenie Madeleine, która szybko, nie chcąc jej podpaść, odwróciła się w przeciwną stronę, i sztachnęła się nerwowo dymem. Nie czuła potrzeby przepraszać za to, co robi, czy wyjaśniać komukolwiek, jak ciasno jej w tym wielkim, na ironię, ciele. Wszyscy widzieli, a nikt nie chciałby przyznać, że stworzona została do czegoś zupełnie innego.

Kiedy na nią zerknął, wszystko w nim zawrzało. W konfrontacji z jego matką, która śmiercią życie jego brata wykupiła, była podła, nikczemna, wyjałowiona ze wszystkich wznoszących człowieka uczuć. Nie czuł do niej nic prócz wstrętu i pogardy. I nie mógł pozostać obojętnym. Nie mógł, bo był synem swojej mamy. Bo wiedział, że wciąż na niego patrzy.

  • Tato? – Pociągnął ojca za rękaw.
  • Ustaw się, Paddy, już zaczynamy! – Dan, posławszy promienny uśmiech kilku zaciekawionym, kręcącym się opodal przechodniom, zlustrował migiem dzieci, upewnił się, że są gotowe, i wydał znak do rozpoczęcia koncertu.

Pierwsze weszły bębny, trzymane przez Johnny’ego i Patricię. Zaraz po nich akordeon Kathy i mało wymagający tamburyn Jimmy’ego, nadające piosence swojskiego i lekkiego klimatu. „Ande Ande Ande” była idealną pozycją na rozruch. O umiarkowanym, choć skocznym tempie i z wokalnym udziałem wszystkich kolejno, ściągała złaknioną dynamiki publiczność, a dla nich stanowiła energiczną co prawda, lecz nie za bardzo forsowną rozgrzewkę. Po niej rozbrzmiały pierwsze takty „Peces” i głęboki głos Kathy na wstępie. Jej wejście zwabiło pierwszych tego dnia słuchaczy – młodych, obcinających ją wzrokiem chłopaków, szturchających się nawzajem z ironicznym na pozór, a pełnym zafascynowania błyskiem w pociemniałych oczach. Przy tym kawałku Paddy ustać nie umiał. Zaczynał nieśmiało, podrygując dziarsko w rytm żwawej piosenki, a kończył wraz z Maite, hulając w podskokach przed lub wokół nieporuszonego ich harcami rodzeństwa. Był to zabieg w pełni instynktowny. I zaskakująco chwytliwy. W mig zleciały się dzieci, które wcześniej, niezauważone, snuły się po placu za swoimi rodzicami. Paddy witał je szybkimi machnięciami, a łapiąc pospiesznie za ręce, wplatał je wszystkie w wijącego się z obłędną prędkością wężyka. Rodzice rozswawolonych pociech zjawiali się w ślad za nimi, a gdy nijak nie mogli odciągnąć dzieci od zabawy, sami stawali się jej aktywnymi i pełnoprawnymi uczestnikami. Nie tylko oni zresztą zapominali się w dokazywaniach, bo i Paddy wraz z każdą piosenką oddalał się myślami od Maddie i jej podłej matki. To dlatego właśnie kochał występować. Dla tych krótkich momentów oderwania od rzeczywistości gotów był poświęcić całe swoje dzieciństwo. Nie robił tego dla pieniędzy, a dla frajdy. I tego ciepłego uczucia, gdy obcy sobie ludzie, spotkani przypadkiem na ulicy, znajdywali powód, by śmiać się monotonii w oczy. Po fali szybkich numerów, wśród których triumfy święcił „Old Macdonald”, „Chi-Qui-Rri-Tin” i „Brincan y Bailan”, nastała ta trudniejsza dla niego chwila. Powrót na ziemię, zmierzenie się z cieniem niewystarczająco odległej przeszłości, „Amazing Grace” – ukochana pieśń jego matki. Gula rosła mu w gardle na długo przed tym, gdy miał wejść ze swoją partią, a ciąg obrazów przed oczami, przetaczając się w tempie dudniącego karkołomnie serca, skutkował łzami, których nie był w stanie odeprzeć. Łzami, które…

  • Pomóż mi – zdawały się wołać jej usta.

Rodzeństwo powtórzyło takty, w które wbić się ze swoim śpiewem nie zdążył.

  • Pomóż mi! – Maddie, wyłaniając się zza sylwetek otaczających ich kordonem ludzi, patrzyła wprost na niego… i wołała go na pomoc!

Podziałało to na niego niczym kubeł zimnej wody. Wyrwał naprzód, przedarł się gwałtem przez publiczność. Gdy zobaczył, jak dziewczynka, pochylona nad fontanną, przytrzymuje leżącą matkę, zawrócił, znów ludzi łokciami poodpychał, a stanąwszy na samym środku, twarzą w twarz z rozwścieczonym, nie rozumiejącym nic ojcem, wychrypiał drżącym głosem, że cioci coś się stało. Muzyka wnet ucichła, wszyscy osłupieli. Ziemia się na moment jakby zatrzymała i wszystko wokół stanęło. Kiedy znów zaczęła wirować, to tak, że chłopczyk już nie nadążał. Wujek Louis pierwszy wyrwał się z transu. Po tym, jak przedostał się przez zbiorowisko, chłopiec usłyszał głośny i przeszywający krzyk, że natychmiast potrzebny jest lekarz. Ludzie rozejrzeli się po sobie, jakby zaraz miał się jakiś ujawnić, a gdy nic takiego się nie stało, rzucili się w stronę fontanny. Paddy pobiegł tam za ojcem, nie wiedząc kompletnie, czego się może spodziewać. W jego głowie grzmiało przekonanie, że nie był dla ciotki zbyt miły, i że może się zdenerwowała, a z tego wszystkiego zasłabła… że to chyba… że to jego wina… Z piętnem odpowiedzialności w oczach wcisnął się między gapiów. I doznał szoku.

Jolene leżała na kamiennym, okalającym fontannę pierścieniu, nie dbając już o to, jak wygląda i jak się zachowuje. Podźwigając się na zgiętych za plecami łokciach i z szeroko rozstawionymi udami, dyszała chrapliwie, ciężko, miotając krwiożerczym spojrzeniem znad wielkich szkieł przeciwsłonecznych okularów. Louis, chwili nie zwlekając, ściągnął z siebie koszulę i zrobił z niej parawan. Choć cały się przy tym trząsł i z równą jej werwą oddychał, starczyło mu trzeźwości, by wrzaskiem rozgonić widzów. Kiedy część z nich się rozeszła, Paddy poczuł się w potrzasku. Odtąd był widoczny jak na dłoni: on i jego sumienie. Drżał na samą myśl, że mogłoby jej się coś stać. Umarłby chyba, gdyby coś się stało jej dziecku.

  • To za wcześnie! – Louis nagle zaskrzeczał.

Dan pochylił się nad ciotką i dłoń jej na czole położył.

  • O miesiąc – mruknął zmartwiony.
  • To źle?
  • Nie mam pojęcia.
  • Ty nie masz pojęcia?!
  • Nie jestem lekarzem.
  • Odbierałeś poród! – Louis zawył bezradnie. – Paddy’ego odebrałeś! – Pod chłopcem ugięły się nogi. – Wiesz co robić! – Desperacja w glosie Louisa była już tak natarczywa, że Dan się aż obruszył. – Musisz, Dan! Obiecałeś jej pomóc!
  • Wiem. – Starzec, wbiwszy wzrok w wijącą się w spazmach bólu kobietę, walczył sam ze sobą. Ktoś skądś krzyknął, że wezwał właśnie karetkę. – Przewieziemy ją do szpitala.
  • A zdążymy?!
  • Nie wiem – wycedził przez zęby.
  • Daaaaaaan! – Krzyk ciotki zelektryzował upalne powietrze. – Zrób coś. Zrób coś, do diabła, bo cholernie mnie boli! – Spojrzała mu w oczy błagalnie. – Wyjmij to – wysapała i wskazała na swój wielki, obniżony nieco brzuch. – Wyjmij to ze mnie, rozumiesz?!

Paddy zamarł. Kathy się przy nim znalazła. Kiedy go objęła i spróbowała odciągnąć od fontanny, wyrwał się z jej ramion i podbiegł co tchu do Madeleine. Nieopacznie, wiedziony bezzasadnym impulsem, złapał ją od razu za rękę. Dziewczynka go odepchnęła. Nie musiała nic mówić. Wyraz jej twarzy był chłodny, bezlitosny; tak wymowny, że krew mu w żyłach zastygła. Zrobił krok w tył. Zrobił też drugi, trzeci i kilka kolejnych, nieśmiałych. Z początku stąpał wolno, zupełnie jakby wierzył, że ziemia się pod nim rozstąpi, a on się w następstwie zapadnie, ale kiedy wpadł plecami na Joey’a, a ten go spiorunował surowym, domagającym się wyjaśnień wzrokiem, wziął nogi za pas. I uciekł. Biegł na oślep, bez celu, głuchy na nawoływania. Potykał się, podnosił, wpadał z impetem na ludzi i płakał. Bał się. Bał się tak strasznie, że w oczy im patrzeć już nie mógł. Co go podkusiło? Co go podkusiło, by zwracać ciotce uwagę?! On sobie przecież… On sobie już nigdy nie wybaczy, jeśli jej lub dziecku coś się dzisiaj stanie!

Obudziła się w szpitalu, obolała. Jej ciężkie powieki podniosły się i szybko opadły. Ostatkiem świadomości zbierała do kupy szczątki niewyraźnych wspomnień. Koncert na placu, fontanna, rwący ból w podbrzuszu i wypadający z jej palców papieros… Przesunęła ręce po wykrochmalonej, przykrywającej ją do pasa pościeli, i położyła je obie na brzuchu. Uśmiechnęła się. Westchnęła. Wreszcie była wolna.

  • Jak się pani czuje? – Usłyszała obcy, kobiecy głos, nie tak daleko od siebie.
  • Wspaniale…
  • To efekt znieczulenia – wyjaśniono jej ozięble. – Wkrótce powinno minąć.

Zmusiła się, by oczy ponownie otworzyć. Pielęgniarka, zerknąwszy na nią w pośpiechu, poprawiała właśnie zawieszoną nad jej łóżkiem kroplówkę.

  • Jakiego… – Raz jeszcze pogładziła się po brzuchu. – Jakiego znieczulenia? Co się stało?
  • Uśpiliśmy panią do szycia. – Zabrzmiało rutynowo. – Karetka przyjechała dość późno. Zdążyła pani urodzić.
  • Tam? – wydyszała. – Tam na tym placu?!
  • Miała pani szczęście, że ten siwy pan był na miejscu. To on odebrał poród. Naprawdę nic, ale to nic pani nie pamięta?
  • Na szczęście widocznie nie! – Chciała usiąść, ale sił jej nie starczyło. Runęła ciężko na poduszkę.
  • Krocze było mocno porozrywane. Lekarze mieli dużo szycia – mówiła beznamiętnie. – Opierała się pani, nie chciała znieczulenia miejscowego.
  • Narkoza?
  • Tak – potwierdziła. – Uśpiliśmy panią.

Oszpecił ją. Ten bękart ją oszpecił! Miała nadzieję, że nie przeżył. I że leży teraz w kontenerze na śmieci, tak samo pokiereszowany.

  • Co z dzieckiem? – spytała bez emocji.
  • Z córką. – Usłyszała krótko. – Urodziła pani córkę. – Zacisnęła pięści na pościeli. – Leży na oddziale neonatologicznym. W inkubatorze. – Pielęgniarka, promieniejąc wręcz uśmiechem, splotła ręce na piersiach i zawisła nad nią w dumnej i wyprostowanej pozie. – Jeszcze miesiąc lub półtora i wyjdziecie stąd zdrowe i szczęśliwe.
  • Miesiąc? Półtora?! – Jolene się znowu podźwignęła. I znowu w bezsile opadła.
  • Córka jeszcze nie oddycha samodzielnie. Musimy podawać jej leki i zapewnić maksimum bezpieczeństwa.
  • Jej – zaakcentowała. – Nie mnie.
  • No, jej – przyznała zdziwiona siostra. – Zazwyczaj matki chcą zostawać z dziećmi – zasugerowała. – Wie pani, chcą być przy nich, przewijać, oswajać ze sobą i karmić oczywiście. To dobrze wpływa na relacje i na powrót maluszków do zdrowia.
  • Chcę ją zobaczyć – Jolene, odwróciwszy się od pielęgniarki, wymamrotała grobowym tonem. – Może mi ją pani przywieźć, prawda?
  • Niestety nie. Nie mogę.
  • Więc proszę mnie tam zaprowadzić.
  • Nie boli panią?
  • Więc proszę mnie tam zawieźć, do cholery! – huknęła z furią.

Kwadrans później siedziała już w fotelu na kółkach. Coś, co prawie ją zabiło, choć nawet nie umiało oddychać, leżało na wznak, bez ruchu, owinięte jedynie w pieluszkę. Było małe. Dłonią by je objęła. Tak słabe i zależne od aparatury, że rurkę by można wyciągnąć lub guzik jeden nacisnąć, a wszystko by się zmieniło, jak za dotknięciem różdżki. Z odrazą patrzyła na zmarszczoną i zaróżowioną skórę, pokrytą niemal wszędzie siniakami i krwistymi otarciami, na spuchnięte powieki, zatopione między nimi rzęsy, i na włosy – krótkie i jasne. Tak bardzo jasne, że niemal białe. Tak bardzo białe, że zupełnie inne od jej, jej córek i Louisa.

  • Nie pasujesz – myślała na głos – nie pasujesz do mnie, do nas i do tego świata – snuła półszeptem. – Byłaś tu chwilę, ale uwierz mi – niewiele straciłaś.

Po tych słowach coś ją tchnęło. Obróciła się, niczego nie dostrzegła. Korytarz był pusty. Jarzeniówki tylko brzęczały. Zaczerpnęła oddech i podniosła się z trudem z fotela. Naprzeciw miała monitory, jakąś pompę i respirator. Na ścianie szereg gniazd i powciskanych w nie gęsto wtyczek. W środku miała mętlik. Ale też i przekonanie. Musiała wreszcie wyrwać się spod obcych wpływów i przeżyć swoje życie po swojemu. Złapała oburącz za wetkniętą w kontakt wtyczkę, a gdy miała już ją szarpnąć…

  • T’was Grace that taught my heart to fear (tł. To łaska nauczyła moje serce lęku) – Zastygła w panicznym bezruchu. – And Grace my fear relieved (tł. I ona mój lęk złagodziła). – Skontrolowała całe pomieszczenie, nigdzie nie natrafiając na tego, którego wydawało jej się, że słyszy. – How precious did that Grace appear the hour I first believed (tł. Jak droga ta łaska okazała się w chwili, gdy po raz pierwszy uwierzyłem). – Dreszcze jej przeszły wzdłuż karku.

Siedział w najdalszym rogu sali, na podłodze, światło tam nie docierało. Z podciągniętymi pod brodę kolanami i tym szyderczym, wiecznie aroganckim wzrokiem wyglądał jak makabryczna, nie dająca się odegnać zjawa. Świadek jej ostatecznego upadku. Obserwator za dychę! Z notesem w dodatku, w którym znowu coś sobie gryzmolił.

  • Zapomniałem tej zwrotki na koncercie. – Wstał pomału, wciąż wlepiając w nią oczy. – Ale ty mi, ciociu, przypomniałaś. – Gdy zaczął się zbliżać, puściła wtyczkę i opadła topornie na fotel. – Jak jej dasz na imię? – Uśmiechnął się zwycięsko i stanął naprzeciw, za inkubatorem, lekko, a sugestywnie kładąc na nim rękę. – Mnie się podoba… – Oczy zmrużył w zamyśle. – Bianca! – zakrzyknął odkrywczo. – Tak od jej włosów – wyszeptał. – Nie pasują do twoich.

  • To ile mnie to będzie kosztowało? – pytam oschle.

Stoimy pod wejściem do budynku, w którym Phil wynajął nam pokój. Pola nie wie, że jest tam sama, bo wyszedłem, gdy zamknęła się w łazience. Widzę ją w swojej wyobraźni. Widzę, jak owinięta jedynie ręcznikiem, ze skapującą z włosów wodą wraca do sypialni i rozgląda się po niej z zawodem. I choć wiem, że finalnie się ucieszy, to gorycz jej rozczarowania łamie mi teraz serce.

  • No? – Ponaglam Phila. – To ile? – Odepchnąwszy zwątpienie, wyjmuję z płaszcza portfel. – Cena nie gra roli. – W potwierdzeniu szeleszczę grubym plikiem banknotów. – Ma się dobrze bawić. Macie jej pozwolić na co tylko będzie chciała. Pomożecie mi też wszystko przygotować, a potem znikniecie i nikt nam nie będzie przeszkadzał – wymieniam szczegółowo. – Klucz mam. Odniosę go do was na czas – zapewniam.

Phil jest jednak niewzruszony. Przygląda mi się z takim zaskoczeniem, jakbym nagle zaczął mówić nie tylko po hiszpańsku, ale i z kubańskim dialektem. Po tym w dodatku, jak obnoszę się swoimi pieniędzmi, cmoka zdegustowany i nagle, zamurowując mnie, odchodzi.

  • Tak nie można, Phil! – Biegnę za nim kawałek. – Mieliśmy umowę!
  • Nie opiewała na żadną kwotę.
  • Co stoi na przeszkodzie?! – Wyrzucam w boki ramiona, starając się jednocześnie dotrzymywać mu żwawego kroku. – Gdybym wiedział, że się na mnie wypniesz, na pewno bym jej tu nie przywiózł!
  • Gdybym wiedział, że jesteś snobem, nie złożyłbym ci takiej propozycji.
  • Nie jestem snobem! – zaprzeczam natychmiast. Natychmiast też się zatrzymuję, bardziej dotknięty, niż mogłoby mi się zdawać. – Nie jestem… – Zęby zaciskam. – Nie jestem  t a k i.
  • Zgadza się. – Mikołaj, przeszedłszy jeszcze dwa metry, obraca się do mnie na pięcie. – Dobrze jest mieć pieniądze. Tak samo dobrze jest wiedzieć, jak je wykorzystać. W przeciwieństwie do tamtej pani, stać cię na kupno nowego zderzaka. – Wskazuje na zaparkowane niedaleko auto, a mnie szczęka opada i wlepiam w niego wielkie ze zdziwienia oczy. – Jechałem za tobą. W tym olbrzymim, nie mającym końca korku. Widziałem zderzenie. Wszyscy je chyba widzieli. Pozostali kierowcy, choć nie byli poszkodowani, upiekliby tą panią zamiast świątecznego indyka. Ty, synu… – Phil, głową skinąwszy z uznaniem, uśmiecha się szczerze i przyjaźnie. – Ty nie tylko nie ukrzyżowałeś biedaczki, ale jej nawet pomogłeś.
  • To nieprawda. – Oczy mrużę. – Każdy by tak zrobił. – Zaręczam niepewnie. – Była z dzieckiem.
  • Inni byliby tak wściekli, że nawet by go nie zauważyli!
  • Chwila… – Zamyślam się, porażony. – To dlatego byłeś dla nas taki miły?
  • Tam? Na tej drodze? – Wybucha krótkim śmiechem. – Jechałem do miasta, rozwieszać reklamujące nasze show plakaty. Nie zatrzymałbym się, gdyby nie twój samochód. Od razu go poznałem.
  • I dlatego…?
  • Dlatego, że jesteś dobrym i szlachetnym człowiekiem, to tylko się zatrzymałem. Myślałem, że może auto wam stanęło i potrzebujecie pomocy. Nie spodziewałem się jednak, że ktoś, kogo stać na wielkoduszność, nie wierzy, że i inni mogą zrobić coś od serca.
  • Więc…
  • Więc niech moja oferta będzie ci na to przykładem!
  • Nie minąłeś się zbytnio z powołaniem…
  • A i w to nie chciałeś uwierzyć!

I nie wierzę. Dalej nie wierzę! Szczerzę się jak opętany, na zawołanie. Gdy Phil oczko do mnie puszcza i znów wyrusza w stronę cyrku, ja zostaję w miejscu, kompletnie skamieniały. Dopiero po chwili, gdy woła mnie machnięciem ręki, wypruwam za nim na ciężkich jak z ołowiu, odmawiających posłuszeństwa nogach.

Cyrk rozstawiono przy długim, przecinającym rzekę molo. Jest cały zielony i obwieszony lampkami, przez co wygląda jak gigantyczna i zmutowana choinka. Pod lasem, jedna przy drugiej, stoją olbrzymie przyczepy. To w nich śpią renifery, gdy nie muszą rozwozić plakatów, świta mi w głowie. Im bliżej jesteśmy wejścia, tym częściej oglądam się za siebie. Intuicja sama wiedzie mnie w stronę okna, w które powinienem spojrzeć, i grzmi później przekornie, że robię to niepotrzebnie. Coś mi podpowiada, że nie muszę się o nią dziś martwić. To samo forsuje, że Philowi należy zaufać. Gdy kurtyna zostaje odsłonięta, wiem już na pewno, że ma rację.

Wysuwam rękę za zasłonę, macam po omacku ścianę. Gdy natrafiam na miękką i przyjemną w dotyku mikrofibrę, zrywam ją z wieszaka i wciągam zachłannie pod prysznic. Wycieram twarz i szyję, by na koniec, rozpostarłszy ręcznik, obwinąć się nim dookoła. Drugiego ręcznika nie widzę, więc woda, sącząc się z moich włosów, znaczy podłogę malutkiej, a przytulnej łazienki. Krzątam się po niej w pośpiechu, a to wysypując kosmetyki z niewielkiego etui, a to ściągając z grzejnika sukienkę, przepraną uprzednio i mokrą wciąż gdzieniegdzie, a to szukając kontaktu, podłączając do niego suszarkę, susząc włosy, susząc sukienkę, a w efekcie susząc oczy i nawet policzki… Dałam plamę, dociera do mnie z beznadzieją. Kiedy przypominam sobie, jak wspaniale i niepowtarzalnie wyglądałam na początku wieczora, siły mnie opuszczają i opieram się o umywalkę. Przekonanie, że ta noc należy do nas, spycham w głąb bliskiego rezygnacji umysłu i jestem już niemal na skraju podjęcia decyzji o powrocie do domu, gdy jakiś trzask, rozległszy się w pokoju, na śmierć mnie prawie przeraża.

  • Paddy…? – pytam drżącym półszeptem, niezdolna się jeszcze poruszyć. – Paddy, to ty?!

I cisza.

  • Aniołku… – jęczę struchlała. – Odpowiedz mi, proszę… – Spanikowana, wyjmuję z gniazda wtyczkę. Wiem, że suszarka to nie broń, że nie wystrzeli. Jest jednak wielka i ciężka, idealna, żeby nią walnąć. Ściskam ją mocno, oburącz. Na trzęsących się kolanach podchodzę do zamkniętych drzwi łazienki. Gdy pochylam się ku nim, mój wzrok działa jak rentgen. Ktoś jest w pokoju. Ktoś, kto nie jest Paddy’m. Paddy by się odezwał. Nie trzymałby mnie w napięciu. Jeśli Paddy się jednak nie odzywa, a był tam przecież… O Boże…

Serce wali mi tak, że żebra chce rozłupać. Prócz jego tętna, nic już kompletnie nie słyszę. Naciskam nadgarstkiem na klamkę. Pomału ją popycham. Drzwi się otwierają, a światło w pokoju, o dziwo, jest zgaszone. Drzewa zza okna, kołysząc się na wietrze, rzucają na dywan ostre i złowrogie cienie. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim dostrzegam jakiś większy, wcale niepodobny do gałęzi. Zadzierzgam mocniej palce na suszarce i wpadam z impetem do pokoju. Paddy’ego w nim nie ma. Drzwi z mojej lewej skrzypią. Obracam się gwałtownie, pewna że ktoś właśnie wszedł do środka, ale one tak się przymykają, jakby ktoś przed chwilą wybiegł. Kroki na korytarzu. Słyszę, jak ktoś ucieka! Jestem jednak tak oszołomiona, że zamiast wybiec i sprawdzić kto to, rzucam się co tchu do włącznika, światło zapalam i…

  • Rany… – wykrztuszam półświadomie.

Wzdłuż łóżka leży sukienka. Nie byle jaka sukienka, ale taka, jakiej jeszcze nigdy na sobie nie miałam! Mimo jej oryginalności, przenoszę wzrok na leżącą tuż obok pocztówkę. Roztrzęsiona, stąpając na bosych palcach, podchodzę do łóżka i nad nim w zdumieniu zawisam. Przytrzymując ręcznik na piersiach, schylam się po równie osobliwą kartkę. Obracam ją w rozdygotanych palcach, wbijam wzrok w ciąg liter na rewersie. Pismo rozpoznaję od razu, bez jakichkolwiek wątpliwości. Paddy napisał, że mam przebrać się w sukienkę i zejść na dół, a szofer zabierze mnie w miejsce, gdzie się spotkamy. Choć wciąż jeszcze jestem niespokojna, uśmiecham się szeroko, sama do siebie. Mam sukienkę! Mam nową, prześliczną sukienkę! Przygotowania – dotąd raczej pasywne – pójdą teraz pełną parą.

Kiedy wszystko jest gotowe, światła w cyrku gasną. Siedząc na trybunie, tuż nad głównym wejściem, mam arenę jak na dłoni. Z wdzięcznością obserwuję, jak jeden z elfów, okrążając ją w pociesznych podskokach, podpala łuczywem zawieszone na balach świeczniki. Ciepły blask płomieni rozlewa się po całym wnętrzu, kumulując się jednak w centrum, tam gdzie wkrótce rozpocznie się spektakl, a mnie – tak jak sobie życzyłem – zostawiając pod osłoną cienia. Tej nocy chcę patrzeć. I szczypać się przy tym w nieskończoność. Chcę wreszcie uwierzyć, że naprawdę ją odzyskałem, bo ilekroć to do mnie dociera, boję się, że znów ją nagle stracę. I ten strach mnie doszczętnie wyniszcza. Nawet teraz, mimo że nie widzę jej od raptem pół godziny, czuję się na tyle rozdrażniony, że w każdej chwili i z błahego powodu byłbym gotów wybuchnąć. Przeraża mnie, jak bardzo mi nadal jej mało. Przeraża mnie, że nigdy się nią chyba nie nasycę. A najbardziej mnie przeraża, że przy niej jestem jeszcze bliższy obłędu. Pragnąc jej tak mocno, mogę zrobić jej krzywdę, a im bardziej ten moment odwlekamy, tym ciężej jest mi przejąć nad sobą kontrolę. Szlag by to, fukam pod nosem. Dopiero teraz, zawróciwszy do rzeczywistości, spostrzegam, że zamiast siedzieć, łażę w tę i z powrotem, jak opętaniec.

  • To Pola. To tylko Pola – wmawiam sam sobie. – Nie spotykasz się z nią po raz pierwszy. Znasz ją całe życie! – Choć staram się jakoś opanować, to napięcie, kumulując mi się w mięśniach, rozsadza mnie niemal od środka. – I nie myśl o tym, o czym myślisz, bo, owszem, ma się dobrze bawić, ale musi też przeżyć do jutra, i to przy tobie – ciskam przez zęby, a przed oczami, nieoczekiwanie, staje mi króciutka, zbyt króciutka sukienka. – Nie twoja wina, że innych w cyrku nie mieli – błyskawicznie się usprawiedliwiam. W tej samej chwili, wraz z hucznym, dudniącym mi w uszach gongiem, z jednej strony wbiegają na arenę akrobaci, żonglerzy, elfy i para treserów, z drugiej, niespiesznym i dostojnym dzięki temu truchtem, ciągnące sanie renifery. Dech mi zapiera.

Pola siedzi w saniach obok Mikołaja Phila. Ma na oczach chustę. Jej lśniące, czarne włosy, zebrane na czubku głowy, związane są w okazałą, sięgającą pasa kitkę. Wygląda jak w Dortmund, wtedy, gdy ją pierwszy raz w życiu zobaczyłem. Jest drobna, delikatna i zniewalająco dziewczęca. Emanuje niewinnością, jakiej nigdzie się już nie spotyka. Siedzi spokojnie, choć nie wierzę, by się nie denerwowała. Nie opiera pleców o kanapę, a trzyma je wyprostowane, z podekscytowania. Jej nagie ramiona, spuszczone swobodnie wzdłuż ciała, splatają się wdzięcznie na podołku. Choć wita ją skoczna i żwawa muzyka, nie kołysze się, nie drgnie o milimetr. Nic nie widząc, próbuje się na czymś skoncentrować. Próbuje – olśniewa mnie nagle – próbuje mnie odnaleźć! Spiorunowany tą myślą, nie certolę się już nawet w przedzieranie się wąskimi rzędami. Łapiąc za kolejne oparcia krzeseł, zwyczajnie nad nimi przeskakuję. Wrzawa jest tak wielka, że nikt na mnie uwagi nie zwraca. Dopiero gdy wbiegam na arenę – wtedy mnie dopiero powstrzymują.

  • Zdejmijcie jej chustę! Zdejmijcie jej chustę! – powtarzam w amoku do ubranego w połyskliwy kombinezon mężczyzny. Muzyka gra tak głośno, że nikt oprócz niego mnie nie słyszy. – Nie zgadzałem się na żadne takie udziwnienia! Kto to w ogóle wymyślił?! – Prycham w furii. – Czy naprawdę nie widzicie, że ona się boi?!

Strząsam rękę, jaką kładzie mi niechybnie na ramieniu, i śledzę sunące dookoła areny sanie. Gdy mężczyzna, wziąwszy mnie za łokieć, prowadzi mnie z powrotem na trybunę, obracam się wściekle za siebie.

  • Uspokój się. – Sadza mnie siłą na najniżej ustawionym krześle. – Zaraz ją zdejmiemy – obiecuje. – Phil to kulturalny facet. Nie zrobiłby niczego, na co wcześniej by się nie zgodziła.

Dyszę rozsierdzony. Puszczam to mimo uszu. Muzyka z wolna cichnie, a sanie, zajechawszy na sam środek, zaprzestają okrążeń i wreszcie się zatrzymują. Bokiem do mnie. Takim bokiem, że widok mam najpiękniejszy z możliwych. Czerwień sukienki odcina się od jej mlecznej, a ciepłej w blasku świec skóry. Gorset jest opinający, uszyty z usztywnionego atłasu. U góry biegnie srebrna wstążka, zawiązana na jej piersiach w uroczą i misterną kokardę, a im dalej ku dołowi, tym materiał okrasza coraz więcej drobniutkich, błyszczących ujmująco kamyczków, z których każdy jeden jest innego kształtu i koloru, czyniąc całość czymś naprawdę spektakularnym. Z miejsca, w którym pas klejnotów jest już tak gęsty, że spójny, ulokowanego tuż poniżej jej talii, wydostają się tiulowe, równie płomienne falbanki. Nie są długie, ale jest ich całe mnóstwo, i każda przywiera do grzbietu poprzedniej, warstwowo, tworząc finalnie frywolną i pełną uroku spódniczkę. Nie wyglądała tak ładnie, zawieszona w garderobie na wieszaku, ale tego, jak się będzie na Poli prezentować, w najśmielszych fantazjach bym sobie nie wyobraził.

Czuję się w niej jak prezent pod choinką. Taki w dodatku, co sam się zaraz rozpakuje. Moje piersi są duże. Większe od biustów wysportowanych i płaskich zazwyczaj gimnastyczek. Gorset jest tak ciasny, że podnosi mi je prawie pod brodę. Wiem, że wyglądam ponętnie, ale co mi po tym, jak nie mogę oddychać i oprzeć się wrażeniu, że albo mi pęknie albo się w nim uduszę? To dlatego, choć korci mnie przemożnie, staram się za bardzo nie ruszać. Siedzę, jakbym miotłę połknęła, mimo odgłosów toczącej się dokoła imprezy. Bardziej od tego, że nie wiem, co dokładnie się dzieje, denerwuje mnie świadomość, że Paddy się na mnie gapi. Nie wiem tego na pewno, może i się tylko łudzę, ale czuję… czuję go na sobie! I gdy Phil się przysuwa, by zdjąć mi tę przeklętą opaskę, a ona w końcu opada gdzieś za mnie na kanapę, obracam się instynktownie, od razu w lewo. I od razu też się uśmiecham, bo Paddy, kompletnie otumaniony, pożera mnie przepastnym, pozbawionym jakiejkolwiek przytomności wzrokiem.

To zawsze działało. Nie wiem, na jakiej zasadzie, za głupi jestem, by rozszyfrowywać takie zagadki, ale gdzieś w podświadomości, na jakiejś głębszej jej płaszczyźnie, nawet jeśli dzieliły nas kilometry odległości, krzywd i postanowień, współodczuwaliśmy i byliśmy się w stanie porozumieć. Zawsze wiedziałem, co myśli i co czuje. Nierzadko negowałem to, co mówi, żeby przyjąć za pewne słowa, które więzły w jej ściśniętym gardle. A odnajdywanie, szukanie, wszelkie te zabawy w kotka i myszkę – to mamy opanowane do perfekcji. Nie zgubimy się wiedząc, gdzie ustaliliśmy wracać. Beztroska mi się każe uśmiechnąć. Umysł podpowiada, że przez pożądanie wypadnie to słabo. Nie mogąc się zatem odważyć, brwi zaczepnie podnoszę. Pola w mig to wychwytuje, znacznie więcej zresztą wychwytuje, i kiedy ja się staram, naprawdę się staram zapanować nad swoimi rozbestwionymi już myślami, ona, zerknąwszy w dół po sobie, tak gorset poprawia, że jej pełne piersi, zakołysawszy się harmonijnie, jeszcze bardziej ujędrniają się i twardnieją. O to samo przyprawiając to, co ledwo już w spodniach utrzymuję.

Zrywa się z miejsca, na równe nogi. Objąwszy się rękoma, czoło w dłoni chowa. Urzeka mnie taki bezradny, walczący o ostatki cierpliwości, ale sam chciał przedstawienia, więc chętnie swą rolę odegram. Phil w dodatku, nieświadom naszych podchodów, zaczyna mi właśnie przedstawiać ekipę cyrkowców. W jej skład – niespecjalnie zróżnicowany – wchodzą trzej akrobaci, kilku przebranych za elfy liliputów, jeden klaun z nie do końca udanym makijażem, dwaj żonglerzy i małżeństwo treserów zwierząt, w tym kobieta o filigranowej, dziecięcej wręcz sylwetce, będąca najprawdopodobniej właścicielką feralnej sukienki. Uśmiecham się do wszystkich kolejno, na próżno jednak usiłując zapamiętać chociaż jedno imię. Ja też już odpłynęłam i chaos, jaki mi zgotował, odbieram za policzek i torturę. Do tego stopnia ciężko mi się skupić na czymkolwiek, że z sań, podawszy komuś rękę, schodzę całkowicie bezwiednie i w tym samym stanie, nieobecna jakby, przemierzam z tym kimś arenę. W rezultacie tej lekkomyślności prawie nabawiam się zawału. Przede mną wyrasta słoń. Prawdziwy, ogromny słoń! Najpierw piszczę. Potem łapię się za serce. Pierwszy, drugi, trzeci i czwarty oddech. Jak można nie zauważyć monstrum i stanąć mu po prostu na drodze?! Cofam się o krok, o dwa, o trzy, aż wpadam na kogoś, kto popycha mnie lekko do przodu.

  • To Dandi. Największy żarłok w naszym cyrku – męski głos mi świszczy nad ramieniem. – Jest roślinożerna.

Jakby obawa przed wylądowaniem w wypełnionym zielskiem żołądku była w tym momencie najstraszniejsza! Oglądam się na cwaniaka, a natrafiam mimowolnie na Paddy’ego. Stoi na trybunie, z założonymi na piersiach rękoma, i śmieje się ze mnie perfidnie!

  • Możesz ją pogłaskać – treser mnie przekonuje, a jego żona, drapiąc słonicę za uchem, uśmiecha się słodko, na zachętę.

Raz jeszcze się obracam. Raz jeszcze spoglądam na Paddy’ego. Jego czarne i dostojne brwi, uniósłszy się aż pod nasadę włosów, dopingują mnie w działaniach, zapewniając jednocześnie, że wszystko będzie dobrze. Bo będzie, powtarzam sobie w duchu. Póki jest tu ze mną, mając na wszystko oko, nic ale to nic mi nie grozi.

Widzę, jak się rozluźnia. Jak puszczają jej wreszcie hamulce. Cyrkowcy, również to dostrzegłszy, biorą ją natychmiast w obroty. Rozpoczyna się prawdziwa uczta. Nie tylko dla ducha, bo przede wszystkim dla oczu. Pola przechodzi kurs obcowania ze słoniem. Podczas gdy treser instruuje ją, co i jak ma robić, jego żona, okropnie zagłodzone kobieta, przysiada słonicy na trąbie. Pola parska śmiechem i ponownie się do mnie odwraca. Wskazując palcem na to, co dzieje się za nią, wydaje się imputować mi szaleństwo. Nie daję się spławić. Odpowiadam jej prowokacyjnym spojrzeniem. W pierwszej chwili, nie wierząc, bym naprawdę rzucał jej wyzwanie, uśmiecha się lekko, bez zdecydowania. W drugiej, pojąwszy, że to coś w rodzaju testu odwagi, prostuje się, trzepocze wyniośle rzęsami, a gdy kiwam kpiąco głową, podchodzi do zwierzęcia śmiałym, przebojowym wręcz krokiem, i siada mu bokiem na trąbie. Kiedy ja jestem bliski przyznać jej najwyższą nagrodę i brawo biję, w pełni moim zdaniem zasłużone, treser, wyrzuciwszy w górę ramiona, nakłania Dandi, by podniosła trąbę. Słonica nie zwleka i Pola zaczyna wrzeszczeć. Oderwana od podłogi, nie spodziewając się tego zapewne, przywiera do trąby i mocno ją obejmuje. Trąba zaś najpierw formuje się w wygodne siodełko, a później, asekurując pasażerkę, obwija się też wokół jej talii. Pola milknie, uczepiona ssaka z desperacją. Kiedy uświadamia sobie nagle, że jest w pełni bezpieczna, rzuca się na niego z żarliwymi całusami. Wszyscy momentalnie pokładamy się dosłownie ze śmiechu.

A nie jest to jeszcze koniec dzisiejszych atrakcji! W dalszej części, umoszczona na trąbie jak jakaś indyjska bogini, podziwiam zdolności elfów liliputów i żonglerów.  Drudzy – co oczywiste – żonglują. Pierwsi – co paradoksalne – przechwytują to, czym żonglują drudzy, by zapakować to następnie w papier ozdobny i wstążki, bez używania swych i tak przykrótkich rączek. Rozrywka, choć paradna, wprawia mnie wkrótce w głęboką i przygnębiającą zadumę. Nie mogę pozostać bierną, patrząc na nierówną rywalizację, i w końcu, ześlizgnąwszy się z triumfem na ziemię, zasilam elfie szeregi. Nagrodą za moją postawę jest wręczana mi przez klauna róża. Uśmiech, z jakim mu dziękuję, blednie mi szybko na ustach. Klaun przyklęka i wyciąga z kieszeni pierścionek. Gdy oznajmiam mu z pozorowanym bólem, że nie wyjdę za niego za mąż, bo kocham innego, zanosi się gwałtownym, łamiącym serce szlochem i leci do akrobatów, prawdopodobnie na skargę. Z sufitu coś zjeżdża. Wygląda jak łóżko, choć zamiast pościeli ma kopiec białego pierza. Im „łóżko” jest niżej, zsuwając się po czterech przytwierdzonych do ziemi szynach, tym te piórka bardziej się osypują, przypominając w efekcie szybujące płatki śniegu. Akrobaci, wspiąwszy się na owe „łóżko”, wciągają na nie wciąż łkającego klauna, i ta dziwna winda wzbija się z powrotem w powietrze. Zerkam na Phila. Oczko mi puszcza wymownie. Nadal siedzi w saniach pośrodku areny, śledząc wydarzenia z taką ciekawością, jakby widział je po raz pierwszy. Prawdziwa pasja, konkluduję w duchu. Posyłam mu serdeczny i pełen wdzięczności uśmiech w tej samej chwili, w której krzyk z przestworzy jeży mi włoski na karku. Z zawieszonego pod kopułą „łóżka”, drąc się wniebogłosy, spada klaun! Samobójstwo z miłości kończy się jednak fiaskiem, bo biedak nie tylko zapomniał o odczepieniu linki zabezpieczającej, ale wylądował też w saniach Mikołaja, w worku z prezentami dokładniej, wynurzając się stamtąd z dzikim błyskiem w swych przebiegłych oczach… i z rózgą w zębach, nie mniej sugestywną.

Z zachwytem obserwuję, jak zanosi się chronicznym, nie mogącym ucichnąć śmiechem. Jest w nim tak zaraźliwa, że pieją już nie tylko cyrkowcy, ale i stateczna zazwyczaj, a zaaferowana poruszeniem Dandi. Do tej pory uważałem, że to ona ma ten rzadki dar trafiana w nieszczęściu na dobrych i szlachetnych ludzi. Teraz stwierdzam, że i mnie się to czasem udaje.

  • Chyba jej się podobało – Mikołaj Phil, zjawiwszy się przy mnie znienacka, wtrąca swoje trzy grosze. – Dzwonek z kluczem masz?
  • Mam! – Wyszczerzam się w spontanicznym uśmiechu. – Oddam go rano. Chyba że coś wcześniej…
  • Nic się wcześniej nie stanie. – Uspokaja mnie naraz, zupełnie jakby wiedział, przez co ostatnio przeszliśmy. – Andra zadbała o nakrycia. – Wskazuje nosem na rozmawiającą z Polą treserkę. – Jose zatroszczył się o to, żeby grała wam do rana muzyka. – Kiwa głową do klauna. – I jeszcze to. Masz. – Podaje mi… aparat? – Zapomniałeś o nim już wtedy, na drodze. Ja za to zapamiętałem, że Pola chciała mieć zdjęcia. – W ustach mi zasycha i odbieram zgubę, nie znajdując słów podziękowania. – Fotografowałem ją też teraz: i na słoniu, i jak prezenty łapała, i z klaunem, twoim rywalem – oznajmia z dumą, po czym spuszcza z entuzjastycznego tonu, nachylając się nade mną z poważną i skupioną miną. – Dzięki nam jest w wyśmienitym nastroju – szepcze. – Nie schrzań tego. 
  • Nie ma ludzi przypadkowych…
  • Słucham?
  • Nie, nic. – Ręką macham. – Faktycznie z nieba nam spadłeś.
  • Słucham?!
  • Ja też od dzisiaj wierzę już we wszystko! 

Mikołaj… Jak w mordę strzelił, Mikołaj! Dyskusyjną jest kwestia, czy Święty, bo pędzi przez bezdroża z karkołomną jak na panujące warunki prędkością. Ma jednak sanie, ma renifery, ma nawet cholerny, krwistoczerwony kubraczek! Stawiam w słup oczy i gębę bezwolnie rozdziawiam. Jeśli to, co się zbliża, faktycznie jest tym, co widzę… Nieważne zresztą… I tak to w myślach przeklinam! Powinienem ją właśnie całować. Wykorzystać chwilę, gdy oboje się tak bardzo pragniemy, i rozpocząć nowy etap od uniesień w enklawie bezludzia. A to… to jakaś klątwa! Kpina kapryśnego wszechświata! Bo jak mam to sobie tłumaczyć? Ta droga przecież, wijąc się przez pustkowia, prowadzi wyłącznie nad rzekę! Nie rozwidla się nigdzie, nie zawraca. Wiedzie prosto do East Grove. Albo więc „Święty” zmylił mnie kapitulacją, a ledwo wyszliśmy, wyżłopał wraz z whiskey błazenadę, albo zwyczajnie spadł z nieba. I nie jest to wcale wyssana z palca hipoteza, bo tylko jeden istnieje fenomen, zdolny zadziwić mnie bardziej.

Jej śmiech… Rozbrzmiewa nagle, powalając mnie dosłownie na kolana. Odurzam się nim. Upajam. Tak dawno nie słyszałem, jak szczerze i prawdziwie się śmieje, że brzmi to dla mnie jak pierwszy krzyk narodzonego właśnie dziecka. Wniebowzięty, wzruszony, przyglądam się jej z boku jak z ukrycia. Księżyc w jej oczach maluje się srebrnym refleksem. Za jego przyczyną nie są już nieprzeniknione, a otwarte i śmielsze, zdolne patrzeć oraz nie bojące się widzieć. Jest w tym piękna i porywająca. Instynktownie biorę ją w objęcia. Z brodą na jej ramieniu i nosem w jej długich, powiewających na wietrze włosach, przyglądam się zwalniającemu przed nami kuriozum.

  • Zgubiliście się? – Słyszę już z oddali. I nie jest to głos Jima.

Powinienem odetchnąć, a dzieje się dokładnie na odwrót. Ostatnia trzeźwa cząstka pijanego ze szczęścia rozumu uzmysławia mi wreszcie niecodzienność tej irracjonalnej sytuacji. Zajścia z dyskoteki, szereg aresztowań i niepokojąca wizja porachunków… Przecież to…to może być każdy!

  • Pola – szepczę wymownie. – Wsiądź, proszę, do auta. – Nie czekam, aż to zrobi. W pierwszej kolejności, odruchowo, przeciągam ją za siebie. W drugiej, wzroku z przebierańca nie spuszczając, popycham ją w stronę wozu. Z początku idzie gładko, Pola jest zbyt skołowana. Opierać zaczyna się raptem, akurat gdy drzwi jej otwieram.
  • Daj spokój, Paddy. To tylko Święty Mikołaj. – Wskazuje bezradnie na mężczyznę. – Święta za pasem. Normalne więc chyba, że jeździ.
  • Wszystko w porządku, proszę pani?

Wzdrygam się, obruszam. Gromię intruza spojrzeniem.

  • Bo może ten pan…

Jeszcze słowo. Jeszcze tylko słowo, a wybuchnę.

  • Nie naprzykrza się on pani?
  • Dziękuję. Wszystko w porządku. – Pola łapie mnie za rękę i chwila mija, nim udaje jej się odbezpieczyć i rozewrzeć moją pięść. – Paddy… – Słyszę jak przez ścianę. – Problemy w domu, pamiętasz? – Dyszę rozdrażniony. – Mieliśmy zostawić je wszystkie w domu…

Wciąż dyszę.

  • Nie powinien pan latać? – Gdy próbuje rozładować atmosferę, pytając o coś tak absurdalnego, czuję w dłoni jej szczupłe, masujące mnie lekko palce. – Szkoda płóz i racic na te drogi!
  • Za mało mi płacą! – Przebieraniec, gały wybałuszywszy, parska donośnym rechotem.

I w nim również jest coś szczerego. Na tyle szczerego, że znika moje uprzedzenie i zapobiegliwa chęć przetrącenia mu karku.

  • Co pan tu właściwie robi? – Dociekliwości jednak nie potrafię sobie odmówić. – Ta droga to ślepy zaułek. Kończy się nad rzeką Ballynacorra.
  • Owszem. – Mikołaj milknie i poważnieje. Lustrując to mnie, to Polę, gładzi swoją brodę w zamyśleniu. To pierwszy moment, gdy chyba zrozumiał, że pchałem ją do auta nie dlatego, że ją napastuję, a dlatego, że mam powód, by to jego się obawiać. – Gdybyście ruszyli wybrzeżem na południe, nie tak daleko, piętnaście minut drogi około, dotarlibyście do portu – wyjaśnia – i do naszego cyrku.
  • Cyrk?! – Pola piszczy, ja oczami przewracam, a Mikołaj, głową energicznie potrząsając, obraca się w saniach i wskazuje nam właściwy kierunek. – Rozłożyliśmy się tydzień temu i planujemy tu zostać aż do Sylwestra.
  • Dość ustronne miejsce jak na tak rozrywkową atrakcję – odburkuję po chwili, nadal pełen wątpliwości.
  • Gdybyśmy chcieli ustawić się w centrum miasta, nie starczyłoby nam czasu na załatwienie pozwoleń i pieniędzy na opłatę miejsca.

Pola jest tak bardzo podekscytowana, że wyrywa mi się z ręki i w podskokach podbiega do powozu. Renifery, niespłoszone jej gwałtowną reakcją, stoją spokojnie, zupełnie jakby wrosły w ziemię. Gdy Mikołaj się podnosi i lejce na siedzenie odkłada, ruszam prężnie w ślad za nią. Wiem, co obiecałem. Wiem, że na tę jedną noc, spragnieni normalności, mieliśmy zapomnieć i nie wracać do naszych problemów, ale… boję się o nią. Boję się, że znów coś mi ją odbierze. Może to paranoja, sam nie wiem. Ilekroć jednak uświadamiam sobie, że odzyskałem już swoje szczęście, kłuje mnie w sercu na myśl, że mógłbym je znowu stracić. Nie przeżyłbym tego. Nie poradziłbym sobie tym razem. Nie dopuszczę do sytuacji, gdy coś by jej mogło zagrozić.

  • Odsuń się od nich – musztruję w konsekwencji przemyśleń.

Pola, obejrzawszy się na mnie przez ramię, tak smutnieje, że w gardle mnie ściska ze złości na samego siebie.

  • Mogą się przestraszyć i zerwać. Mogą cię kopnąć lub nawet stratować – wyjaśniam męczeńskim tonem. Natychmiast też otaczam ją w talii ramionami i mocno do siebie przyciągam. Gdy mam ją przed sobą, opartą o mnie plecami, czuję, że jest bezpieczna. W każdej chwili albowiem, zaalarmowany jakimś podejrzanym zachowaniem reniferów, mogę się wraz z nią obrócić i odeprzeć ewentualne zagrożenie. Może i przesadzam, tak mi sugeruje mina Świętego Mikołaja przynajmniej, ale jeśli Pola musi już głaskać te dzikie i nieobliczalne bądź co bądź zwierzęta, będzie to robić na moich warunkach lub wcale. Nie zamierzam w tej kwestii negocjować i iść na jakiekolwiek ustępstwa.
  • To piękne z pana strony, ta troska o ukochaną – Święty zaczyna i znów mnie szlag trafia – ale moje renifery są łagodne, szkolone od pierwszego roku życia. – Zeskakuje z wysokich, sięgających nam nad głowy sań, i zjawia się przy Poli, tak jak ona kładąc rękę na szyi jednego z rogaczy. – Znoszą cierpliwie nawet żywiołowe i pełne entuzjazmu dzieci. Lubią ludzi, są do nich przyzwyczajone. – Chrapy zwierzęcia, gdy zaczyna być drapane po grubej i puszystej sierści, rozszerzają się ze specyficznym świstem. – Nie zdarzyło się nigdy, by zrobiły komukolwiek krzywdę. Zasady w naszym cyrku są bardzo rygorystyczne, a krnąbrne, nie dające się okiełznać zwierzęta oddajemy do ZOO lub innych rezerwatów.
  • Skoro „oddajecie” – akcentuję z sarkazmem -  to wypadki się jednak zdarzają.
  • Jestem Phil – Mikołaj najwyraźniej ma mnie dosyć.
  • Pola. – Pola, podawszy mu rękę, zerka na mnie, nagląco, i stawia mnie tym samym pod ścianą.
  • Paddy – mamroczę przez zęby. Rękę Mikołaja Phila, wyciągniętą do mnie jak na zgodę, ignoruję z wyraźną, lecz samozachowawczą perfidią.
  • To gdzie się o tej porze wybierasz?

Zmiana tematu. I zupełna zmiana nastawienia! Pola z przelękłej i zamkniętej w sobie dziewczyny zmieniła się w otwartą i ufną nad wyraz kobietę. Z jednej strony mnie to cieszy – o to mi przecież chodziło, z drugiej wiem, że muszę być od teraz ostrożny za nas dwoje.

  • Jeśli powiem, że na Biegun Północny, to mi nie uwierzysz?
  • Od dzisiaj wierzę we wszystko!

Jej śmiech… Jej śmiech jest jak balsam. Nie mogę nas pilnować, mieć się na baczności i myśleć o tych wszystkich, czyhających na nią zewsząd zagrożeniach, gdy co chwilę mnie skutecznie obezwładnia! Teraz także, zafascynowany bez reszty, wpadam w coś w rodzaju transu. Otrząsam się dopiero wtedy, gdy Święty Mikołaj Phil podsadza ją pod ramię na sanie, a ona, kompletnie oczarowana, rozsiada się na miękkiej, obitej w aksamit kanapie, i bierze w dłonie leżące tuż obok lejce.

  • Pola… – wyjękuję w akcie bezradności.
  • W torebce mam aparat! – odpala radośnie. – Mógłbyś…?

Nie mógłbym. Ale muszę. Serce by mi pękło, gdybym miał jej przerwać tę „fascynującą” zabawę. Zanim jednak udam się do auta po aparat…

  • Módl się, żeby nic jej się nie stało – sapię Phil’owi w ucho. – Włos jej spadnie z głowy i cały ten wasz cyrk na płozach Wigilii nawet nie doczeka.

Dziadzina z przerażenia sztywnieje. Nie mam wyrzutów sumienia. Wszystko idzie nie tak, jak to sobie planowałem. No dobrze. Nie planowałem niczego specjalnego, ale Mikołaja na odludziu też nie uwzględniłem. Nie dość, że przeszkodził nam w najmniej odpowiednim momencie, to zamiast przejechać i nie prowokować mojej wyobraźni, zatrzymał i siebie, i nas, a teraz na domiar, mając mnie totalnie w nosie, spoufala się z nią, w saniach ją sadza, i nikt mi nie wmówi, że robi to kompletnie bezinteresownie!

Paddy już przesadza. Jest uroczy, gdy się złości, a ja w tym bez umiaru zakochana, lecz odstrasza niewinnego Mikołaja. I nie minę się z prawdą stwierdzając, że gdyby nie wieloletnia i fachowa tresura, przepędziłby też biedne i płochliwe z natury renifery! Kiedy wraca z aparatem, obdarzając Phila srogim spojrzeniem swoich wpół zamkniętych, skrzących się wrogością oczu, wzdycham pobłażliwie i wołam go czym prędzej do siebie. To ja proszę Phila, żeby zrobił nam zdjęcie. To ja mu też daję aparat, bo Paddy o tym zapomina. W chwili, gdy dziadek odchodzi, by ustawić się w odpowiedniej odległości, a Paddy, usiadłszy obok, napina buńczucznie mięśnie, odchylam w tył głowę i gwiazdy wzrokiem sonduję.

  • Tamta to staruszka – szepczę z rozmarzeniem i palcem w górę wskazuję. – A ta obok, po lewej, taka mniejsza, ale też piekielnie jasna; ta to Nika – objaśniam.

Widzę kątem oka, jak Paddy, podążając wzrokiem za moim palcem, uśmiecha się lekko, jakby wiedział już, do czego dążę. Z zamyślenia wyrywa nas błysk flesza, ale ani on, ani ja nie spoglądamy w stronę Phila. Wyrwani z letargu, otrzeźwieni, patrzymy już tylko na siebie.

  • Widzą nas, Paddy. – Otulam mu dłońmi rumiane od zimna policzki, a on głowę przechyla, tuląc się do nich jak dziecko, i oczy zamyka, by łez spod powiek nie wypuścić. Głos mi grzęźnie, serce w uszach dudni. Po kolejnym błysku flesza zrywam się z miejsca, by usiąść mu z impetem na kolanach i mocno go do siebie przytulić. Czuję, jak topnieje. Jak powoli i niechętnie zrzuca swoją lśniącą, a ciężką straszliwie zbroję. Całuję go we włosy. Pierwszy raz, drugi. Po trzecim, jeszcze bardziej gorączkowym, nasze spojrzenia wreszcie się spotykają… i dreszcz mną wstrząsa. Uśmiecham się po nim w bólu. – Nigdzie się bez ciebie nie wybieram – zapewniam podniośle. –  Nigdy więcej nie ucieknę od swojego szczęścia – dodaję w pośpiechu. – Nie ma miejsca, w którym czułabym się bezpieczniej. – Trzepotanie rzęsami na nic się już nie zdaje. Przecieram policzki i wargę leciutko przygryzam. – Musisz to wiedzieć, bo chcę, żebyś i ty przy mnie czuł się tak samo. – Gdy usta otwiera, chcąc się przedwcześnie odezwać, kładę mu na nich dwa palce. – Odpręż się – szepczę sugestywnie. – Nie tylko na tę jedną, jedyną noc, ale raz na zawsze. – Całuję go, namiętnie, nie przestając patrzeć mu w oczy. Obejmowana z tak nieprawdopodobną czułością, czuję jak tracę przytomność. – Czas start, Paddy – wymrukuję kokieteryjnie, prześcigając o sekundę kolejny flesz lampy błyskowej. – Kto jak nie ty, nie ja; kto jak nie my ma przeżyć swoje życie najpełniej?

Nie zdążam się uśmiechnąć, jak podnosi mnie i wstaje gwałtownie z kanapy. Z zaplecionymi na jego szyi rękoma i wysoko w powietrze uniesionymi nogami oglądam się na Phila i śmiechem raptownie wybucham. Paddy robi to samo, by chwilę później podrzucić mnie lekko do góry i zacząć się ze mną obracać. Z początku piszczę. Flesz błyska. Im szybciej jednak wirujemy, zawieszeni metr nad ziemią, tym silniejsze mam wrażenie, że frunę pod prąd powietrza. Jestem lekka i wolna, niezrównanie silna zarazem. Nic mnie nie dosięga, więc nic mnie nie może dotyczyć czy tym bardziej martwić. Zawroty głowy wprawiają mnie w istną euforię i nie piszczę już, a drę się z podniecenia wniebogłosy. Gdy Paddy się nagle zatrzymuje, by zacząć obracać  się w drugą stronę, czuję się jak na największej kolejce górskiej, dobijającej mozolnie do szczytu, żeby runąć z rozpędem w bezdeń morderczej, a ekscytującej tak bardzo przepaści. Adrenalina, buszując w moim mózgu, instynktownie działa jak podżegacz. Chcę więcej. Chcę szaleć tak, by tchu mi od krzyku zabrakło, i chcę… chcę…

  • Paddy! – wykrztuszam z trudem.

Choć nie jestem przekonana, czy zdoła mnie w całym tym ferworze usłyszeć, to on, nadzwyczaj wyczulony, zatrzymuje się od razu, jak na bezwzględną komendę. Wyswobadzam się i staję o własnych nogach. Gdy Phil, wciąż się śmiejąc, razi mnie następnym błyskiem, usta zasłaniam i sama, dręczona konwulsjami, zeskakuję z sań na ziemię. Buzię wypełnia mi kompleks treści żołądka. Nie jestem w stanie jej przełknąć, więc schylam się i po prostu ją zwracam. Paddy pojawia się szybciej, niż mogłabym sobie życzyć. Nie cieszę się, że taką mnie właśnie ogląda, ale zbiera moje włosy i przytrzymuje je nad moim karkiem, o czym sama z pewnością nie byłabym w stanie pomyśleć. Męczę się tak dłuższy czas, w upokorzeniu. Ilekroć się prostuję, uznając, że już wystarczy, żołądek zawiązuje mi się w supeł i wszystko rozpoczyna się na nowo. Po kilku minutach, trwających dla mnie jak godzina, jestem już tak słaba, że opieram się o Paddy’ego i prawie po nim osuwam. Nie wiem, jak to się dzieje, że ląduję na powrót w aucie, ani co się stało ze Świętym Mikołajem i moim aparatem, ale wracam do siebie dopiero, gdy parkujemy.

  • Nie chcę do domu… – jęczę w nieudolnym proteście.
  • Nie wracamy do domu.

Zmieszana i zdziwiona po stokroć, podnoszę się topornie na fotelu. Okolicy zza szyby nie poznaję, choć trudno coś dostrzec zmęczonymi, nie dobudzonymi jeszcze oczyma.

  • Philip był na tyle uprzejmy, że odeskortował nas do cyrku. – Paddy, wziąwszy mnie za rękę, całuje ją delikatnie.

Obracam się wokół jak oparzona, a cyrk, o jakim mówi, faktycznie stoi opodal.

  • I co my będziemy tu robić?
  • W cyrku? – Patrzy na mnie z troską i z rozbawieniem na przemian. – W cyrku niewiele. – Odsuwa pasmo włosów z mojej twarzy, a gdy zamieram w pół oddechu, porażona mocą błahej przecież bliskości, muska opuszkiem moją brodę, czubek nosa… usta… – Port jest tuż obok – wyjaśnia z rozbrajającą mnie chrypą. – Jeśli wierzyć cyrkowcowi przebranemu za Świętego Mikołaja, utrzymującemu w dodatku, że jedzie zaprzęgniętymi w renifery saniami na Biegun Północny, to w tym porcie są pokoje gościnne, schludne i całkiem przytulne, a nad molo o świcie roztacza się najpiękniejszy po tej stronie wyspy wschód słońca.
  • A łazienka? – wyduszam. – Wystarczy na początek łazienka. – Krzywię się w obrzydzeniu. Sukienka blondynki, ta z odkrytymi plecami, cała jest w ohydnych plamach. Tyle przygotowań i wszystko na nic! Oddaję się wszechmocy rozpaczy…
  • Hej hej! – Paddy znów mnie łapie za brodę. – Nie przejmuj się ubraniem. – Kiwa w tył głową. – W bagażniku jest walizka. Spakowałem w nią wszystko, co uznałem za przydatne. – Rozpromienia się dumnie. – A tutaj… – Gdy pochyla się nade mną, by do schowka naprzeciw sięgnąć, ślinę przełykam z krępującym, zdradzającym pożądanie odgłosem. – Tutaj jest prowiant. – Kładzie mi pakunek na kolanach. – Wiem, że możesz nie chcieć patrzeć na jedzenie, ale masz pusty żołądek i wkrótce na pewno zgłodniejesz. Przyda się wtedy coś ciepłego. – Odwija zwinięty w rulon brzeg papierowej torebki i widzę, że w środku, prócz styropianowych pudełek, są też dwa termosy.

Rzucam mu się na szyję, a słowa wdzięczności, jakie chciałabym w tej chwili wypowiedzieć, wysychają mi na ustach ze wzruszenia. Jest coś jeszcze. Jakiś impuls. Mięśnie mi nieruchomieją, a i on synchronicznie zamiera. To przeczucie, kiedy wiem, że coś się stanie, jest na ogół straszne… lecz nie teraz. Podnoszę się nieco, trąc własnym o jego policzek. Zatrzymuję się na tej wysokości i nie mam odwagi, by spojrzeć mu prosto w oczy. Słyszę powietrze. Wdychamy je w tym samym tempie. Jeśli zaraz nic nie zrobię, któreś z nas go wkrótce nie wytrzyma. Kompletnie wbrew sobie i temu, jak okropnie wyglądam, przekładam rękę nad karkiem Paddy’ego i zaczynam go po nim pomału i nieśmiało masować. Niecierpliwość oddechów cichnie. Napięcie, osiągnąwszy właśnie apogeum, krew burzy w żyłach rozszalałą, niemożliwą już do odegnania żądzą. Jego dłonie jej wtórują i choć robią to jeszcze z wahaniem, badawczo, to błądzą po moich plecach, zsuwając się to w dół, w stronę pupy, to znów sunąc w górę, by złapać mnie i szarpnąć leciutko za włosy. Za każdym razem, kiedy zahaczają o coś bezczujności, gdy nabierają rozpędu i zapominają co to delikatność, jęczę cicho, a może raczej skamlę, wijąc się i prężąc w amoku błagalnego stęsknienia, aż…

  • Ho, ho, zakochańce!

Święty Mikołaj stuka nam w okno. Tym razem to ja, a nie Paddy, mam w głowie mordercze wizje. Obracam się powoli, nawet nie próbując ich stłumić, a Świętego, szczerzącego się do nas przymilnie, za uszy mam w planie wytargać.

  • Zarezerwowałem wam pokój! – Wymachuje za oknem prostym, połyskującym w świetle latarni kluczem.

Paddy, zwolniwszy niechętnie objęcie, w jakim się pławię, szybę opuszcza i rękę po niego wyciąga. Klucz jednak, podrzucony przez Mikołaja, ląduje ponownie w jego pulchnej, ubranej w rękawiczkę dłoni. Spoglądam na Paddy’ego, a on na mnie. Phil wybucha śmiechem i dłoń mi pod sam nos podsuwa.

  • Chuchnij! – prosi. I cieszy się z tego jak wariat.

Raz jeszcze zerkam na Paddy’ego, ale on, opasany tajemniczym uśmiechem, wzrusza tylko ramionami. Biorę więc wdech i chucham w pięść Świętego. Spodziewam się, że teraz się otworzy i dostaniemy wreszcie klucz do swojego pokoju, a co za tym idzie – również do łazienki, ale nie, za proste to by było! Phil, obróciwszy pięść wierzchem do góry, podtyka ją niemal pod usta Paddy’ego.

  • No, no! – Paddy błyskawicznie ją odpycha. – Nie sądzisz chyba, że będę cię po rękach całował!

Mina Mikołaja rzednie. Zrezygnowany i odtrącony, rozchyla wreszcie palce. W jego dłoni lśni okrągła, metalowa kulka. Przez wycięte w niej otworki, wszystkie w kształcie drobnych płatków śniegu, dostrzegam w środku jeszcze jedną, mniejszą znacznie kuleczkę. To ta mniejsza właśnie, obijając się o ścianki większej, wydawała ten specyficzny, przywodzący mi na myśl aniołka dźwięk dzwoneczków.

  • To jeden z dzwonków moich reniferów – Phil oznajmia z powagą.

Gdy chwilę później podaje mi dzwoneczek, zupełnie już słupieję. Na przytwierdzonym do niego drucianym i maleńkim kółeczku znajduje się nie jeden, a dwa klucze; oba ponadto inne od siebie nawzajem.

  • Jeden jest do pokoju – dedukuję na głos – a drugi?
  • A drugim zajmie się Paddy! – Ręce zaciera. I nie z zimna bynajmniej.
  • Zaraz, zaraz… – Szturcham Paddy’ego ramieniem. – Jak długo spałam?
  • Pół godziny? – Zamiast zwyczajnie odpowiedzieć, konsultuje się najpierw z Mikołajem iluzjonistą.

Wodzę wzrokiem od jednego do drugiego, nic już nie rozumiejąc.

  • I to wam wystarczyło, by pobratać się i uknuć coś za moimi plecami?

Obaj, choć powstrzymywali się dotąd skutecznie, wybuchają naraz gromkim i deprymującym mnie śmiechem.

Spakowałem nasze rzeczy i zaniosłem je do samochodu. Walizkę wsadziłem do tyłu, prowiant do schowka, a koc, złożony w kosteczkę, położyłem na jej fotelu. Odpaliłem też silnik i włączyłem ogrzewanie, więc zanim wsiądziemy, będzie tam już ciepło i przytulnie. Sprawdziłem poziom paliwa i wiem, że w pierwszej kolejności, nim zdecydujemy, gdzie jechać, musimy zahaczyć o stację. Przewidziałem też, że w radio o północy serwują wiadomości, więc na wszelki wypadek, by uniknąć wzmianek z dyskoteki, wnętrze wypełniają nagrane na płytę kolędy. Niby wszystko mam dopięte, zdawać by się mogło – pod kontrolą, ale myśl, że o czymś zapomniałem, nie daje mi spokoju. Pola w dodatku szykuje się od przeszło godziny. I nie jest w tym sama, bo ma kilka podekscytowanych asystentek. Ich śmiechy, gdy wyszedłem z sypialni, niosły się po całym piętrze, a spotkana na schodach blondynka, posławszy mi dwuznaczne spojrzenie, uciekła z chichotem i zamknęła się przede mną w pokoju. Nie żebym sam się długo nie szykował, ale one już zdecydowanie przeginają! Wzdycham ze zniecierpliwieniem i po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku minut podchodzę do lustra. Lustro zawieszone jest w holu, tuż przy drzwiach wyjściowych. Lewą jego część przysłania gałgan ubrań, pęczniejący na przytwierdzonych do ściany wieszakach. Odpycham go ręką i krzywię się do swego odbicia. Co mnie, do cholery, podkusiło, żeby włosy na piankę modelować?! To ustrojstwo, przy całej jego mocy działania, powinno się wydawać na receptę, bo w przeciwnym wypadku – w moim wypadku – efekt jest groteskowy. Szalony naukowiec, któremu probówka wybuchła w dłoniach, ze sterczącymi jak badyle strąkami na głowie, przygląda mi się drwiąco i z pobłażaniem na przemian, nie wierząc, że jestem tym, kogo widzi, czyli nim samym. Bez znaczenia nie zostaje też fakt, że ubrany w elegancką koszulę, której mankiety, bieląc się pod marynarką, dodają wytworności i splendoru, czuję się jak rozsypany pierwotnie i bez gustu w następstwie poskładany; tak dualistyczny zewnętrznie, jak ambiwalentne są moje przeczucia co do tej nocy. To prawda. Denerwuję się. A moja pewność siebie gdzieś wyparowała. Przekonany o pożyteczności nocnej eskapady w nieznane, zaczynam się właśnie szczerze jej obawiać. Co jeśli i ona się przestraszy? Co, gdy coś ją spłoszy i zdekoncentruje? Co jeśli ucieknie?

  • Stresik?
  • Oszczędź – ciskam ze znużeniem.

Gdy w lustrze obok szajbniętego naukowca pojawia się też Jimmy, zęby bezwiednie zaciskam.

  • Widziałem Polę.

Och. Świetnie. I czekasz na gratulacje?

  • Wszystko wskazuje na to, że gdzieś się po cichaczu wybieracie.

Nie lada umysł jest potrzebny, by to zauważyć…

  • Nie muszę ci chyba przypominać…
  • Nie! – wpadam mu w zdanie, z trudem już nerwy powstrzymując. – Nie musisz i nie powinieneś. Wiem co robię. Pola też wie, na co się zgodziła. Powtórki z Francji, jeśli na nią liczysz, na pewno nie będzie! – Gorączkując się, strzepuję z ramienia niewidoczne gołym okiem pyłki. Nie byłbym zdenerwowany, wierząc w swoje zapewnienia, ale trzęsie mną od środka i nie wiem, czy ze strachu czy z przejęcia. – Sądzisz, że robię to dla siebie, z czysto egoistycznych pobudek, że nie kieruję się jej dobrem, a zawłaszczeniem jej i oswojeniem ze swoim towarzystwem, głównie w celach dzikich orgii, jakie już dawno oczywiście zaplanowałem, ale nie, Jim, to nie ja, ja tak nie postępuję, nie traktuję jej jak psiaka, którego trzeba sobie wytresować i trzymać pod kluczem lub wyprowadzać na krótkiej smyczy i zabraniać obwąchiwania otoczenia. Nie możemy popadać w paranoję sterowania jej życiem i stwarzania jak najdogodniejszych warunków, bo jest taka sama jak my, chociaż nie – znacznie lepsza, i mimo wszystkiego, przez co przeszła, i zaufania, jakie być może ucieczką nadszarpnęła, musimy mieć wiarę, że podniesie się z tego tak jak zawsze się podnosiła, a jej decyzje – bez względu na to, czy się nam podobają czy nie – są decyzjami, do których ma święte prawo – wypluwam machinalnie. – Widziałeś, jak wstrząsnęło nią spotkanie z rodzicami? Widziałeś… – Kiwam głową do lustra, a Jimmy, przygryzłszy od wewnątrz policzek, oczy spuszcza i w mig pokornieje. – Nie przypomnę ci, kto do tego doprowadził, bo twarz cię dalej piecze od jej uderzenia, i jedyne, do czego piję, Jim, to ten dom, pełen widm i śladów przeszłości, w którym dzisiaj, na świeżo, nie zaśnie i na pewno się nie uspokoi, więc, wyprzedzając twoje pytanie, odpowiem prosto i bez owijania w bawełnę: uciekamy od problemów. Ale tylko po to, by siły zebrać i rozprawić się z nimi na równych i sprawiedliwych warunkach!
  • Wow… – Zatkało go. Głową kiwa. Z budzącym podejrzliwość uznaniem. – Nie spodziewałem się takiego wywodu i… rozczarowując cię… nie przyszedłem tu po to, żeby cię strofować.
  • Nie? – Gulę w gardle przełykam.
  • Nie. – Jego twarz łagodnieje w uśmiechu, a gonitwa myśli w mojej głowie ustaje, poddając się kuriozum bezprecedensowej sytuacji. – Znaczy, wiesz, miałem cię przez moment za niepoprawnego kretyna, choć nie schlebiaj sobie – nigdy cię o wyuzdanie nie podejrzewałem, ale po tym, jak mi Caroline o waszym planie powiedziała, i po zobaczeniu, jak Pola się na to wyjście szykuje… – Oczy mruży i ciekawość mnie zaczyna zżerać. – Twój pomysł, jakkolwiek postrzelony, wydaje mi się dobrym i całkiem w dechę trafionym.

Przesłyszałem się? Nie, nie przesłyszałem. On naprawdę przyznaje mi rację! Na swój wysublimowany i jak zwykle pełen wyniosłości sposób, ale jednak! Zaświadcza tym samym, że nie on, a ja ją znam najlepiej. Oddaje w moje ręce jakąś niewidzialną pałeczkę, zrzekając się zarazem swej dyrygentury i powierzając mi skarb, którym od teraz, na dzisiejszą noc lub może nawet już na zawsze, sam się będę opiekował! W jednej chwili czuję, jak kamień spada mi z serca. W drugiej – jak wkrada się w nie olbrzymia odpowiedzialność.

  • Nie gap się tak na mnie, spójrz lepiej na siebie – Jim zmienia ton głosu i znów jest taki jak zwykle. – Wyglądasz, jakbyś viagrę łyknął! Na włosy! Po latach posuchy w dodatku! – Krzywi się w zdegustowaniu i obraca mnie przodem do lustra. – Z pianką trzeba ostrożnie. Prawie tak jak z Polą. Drobnymi kroczkami. – Na żarty mu się zebrało. – Nie nakładasz naraz pół opakowania. – Wplata palce w moje włosy i przekłada je, rozczesuje, tu jedno, tam drugie pasmo przenosi, a ja, choć bronię się go pochwalić, to z sekundy na sekundę, poddając się jego zabiegom, wyglądam, o dziwo, lepiej. Na koniec, wrośnięty w podłogę z podziwu, przenoszę na niego zbaraniałe spojrzenie. – Imię Caroline wszystko ci powinno wyjaśnić – wyznaje i odchodzi.

A ja znów zostaję sam na sam z czekaniem. Wracając do punktu wyjścia, błąkam się po holu w otępieniu. To zerkam na schody, to na zegarek, i tak się niecierpliwię, jak nigdy jeszcze w życiu chyba! Gdy wybija północ, tracę już nadzieję. Dowlekam się do kuchni, gdzie Jim, znów mnie zaskakując, whiskey wcale nie sączy. Obchodzę barek, przyglądając mu się jak trędowatemu, i zajmuję miejsce naprzeciwko.

  • Jak poszła rozmowa z Aimee? – walę z grubej rury.
  • Zależy która – wymrukuje posępnie. – Pierwsza poszła tak, że w ogóle nie pytaj. Drugą ładniej Pola ci opowie.
  • A Pola już wie?
  • A czy Pola czegoś o mnie nie wie? – Przeciera czoło i podnosi się ospale ze stołka. Kiedy chwilę później, z dłońmi opartymi o biodra, zaczyna kluczyć w tę i z powrotem, przypomina mi się, że i ja tak niedawno wyglądałem. I nadal zresztą powinienem.
  • Te ich szykowania… – zagabuję półgębkiem. – Kiecki szyją czy Polę opalają nad świeczką?

Jim wybucha śmiechem i w tej samej chwili, ściągając moją uwagę, w holu, ze schodów dokładniej, spada coś z łomotem. Obaj słupiejemy. Obaj też, zaalarmowani, zrywamy się naraz do pędu. W przedpokoju, chichocząc nieludzko, leży rozkraczona blondynka. Unosi w górę palec wskazujący i przygląda się jak gamoń jego opuszkowi. Im dłużej sonduje go mętnym, niewidzącym wzrokiem, tym bardziej dławi się burzliwym i gardłowym rechotem.

  • Chyba – pisk z siebie wydaje – ciut – styka dwa palce i obrazuje nam owo „ciut” – przeholowałam! – Po pierwszym czknięciu usta dłonią zasłania, a wnętrze holu wypełnia się blaskiem flesza.

Obaj z Jimem, zaskoczeni niepomiernie, podnosimy w górę oczy. Pierwszym, co widzimy, jest szeroki, opasający jej buzię uśmiech. Drugim aparat, trzymany przez palce o ciemnych i błyszczących paznokciach. Dech mi zapiera i śliny przełknąć nie mogę. Mimo że Jim, schyliwszy się po blondynkę, prosi mnie o pomoc w poderwaniu jej do pionu, jestem zbyt tam i tutaj za mało, by móc się jakkolwiek przysłużyć. Jej czarne, pulsujące rozbawieniem perły również mnie na krok nie odstępują. Skoncentrowany, otumaniony, przekraczam blondynkę i staję u podnóża schodów, a Pola, poruszywszy się lekko, zstępuję po nich z taką gracją, jakby grama nawet nie ważyła.

  • Przepraszam, że tyle czekałeś. – Jej głos jest aksamitny. Zmysłowo zachrypnięty. Owiewa nas, opina. Sprawia, że jesteśmy już sami. Dreszcz mną wstrząsa, gdy spod połów jej rozchełstanego płaszcza wyziera koronka seksownych, otulających jej uda rajstop, i wiem już, że przepadłem. Daleko odjechać nie zdołam. – Masz kluczyki? – Czyta mi do tego w myślach… – Jeśli ci to nie przeszkadza, chciałabym prowadzić. – Zachłystuję się aż.

Wyciągam kluczyki i wkładam je do jej dłoni. Nie mogę się przy tym powstrzymać i głaszczę w przelocie jej skórę. Nie jest to najrozsądniejsze posunięcie, bo moja jest spocona i bestialsko przez to chropowata. Spoglądam w jej oczy i otrząsam się po chwili z obaw. Pola, niezniechęcona, sama mnie bierze za rękę. Potem wychodzimy. Wymijamy Jima i blondynkę i zwyczajnie wychodzimy! Bez tłumaczeń, bez pożegnań, bez uzgodnień i rozplanowania. Kiedy przekraczamy tak próg domu, w pełni na sobie polegamy. Dociera to do mnie z tak bezkresną radością, że cały stres i wszystkie zmartwienia znikają. Ufa mi. Pola mi ufa. I naprawdę zostawiamy cały ten galimatias za sobą!

Pierwszy kwadrans mija nam w milczeniu. Kolędy, snując się sielską monotonią, upłynniają i uplastyczniają moje ciało. Zatapiam się w fotelu jak w najmiększej i pulchniutkiej pierzynie. Obity w chłodną skórę, zapewnia mi komfort i przyjemne, kontrastujące z rozgrzanym powietrzem doznania. Choć patrzę na drogę, nie widzę jej przed oczyma. Wciąż odgrywam scenkę dwuznaczności, gdy aluzyjnie i z premedytacją, podniecona jego podnieceniem, zaproponowałam, że będę prowadzić. Jeśli i on czuł to, co ja wtedy poczułam, teraz pewnie też ściska kolana. I choć kusi mnie straszliwie, by to sprawdzić, drżę na samą myśl, że mogłabym na niego spojrzeć! Już wtedy, w tym półmroku pod schodami, wyglądał jak nieziemskie bożyszcze. Doskonały, urojony; tak wzorcowy, że nieosiągalny. Podnoszę się, poprawiam na siedzeniu. Słyszę od wewnątrz, jak powietrze mi w płucach świszczy, i widzę, jak moje piersi, wypełniane nim co rusz do pełna, podnoszą się i opadają, zdradzając tym samym wszystkie moje sekrety. Jest ciężko. Coraz ciężej. Mam mroczki przed oczami i całą masę dreszczy na zdrętwiałym karku. Ilekroć chcę się gdzieś podrapać, coś, coś niezwykłego, kumuluje się w innej, jeszcze dalszej części ciała, drażniąc mnie i strojąc sobie ze mnie żarty. I ta droga… ta kierownica… pojęcia nie mam, jak ze sobą współpracują, bo ja, co oczywiste, nie przykładam się do tego zanadto. Jestem świadoma, owszem. Odczuwam nawet, że bardziej skupiona, niż gdybym się miała celowo chcieć skoncentrować. Mam to zgubne wrażenie, że mogę w tej chwili wszystko. I noga mi ciąży. Energia mnie rozsadza. Jeśli nie przysporzę sobie jakichś innych, silniejszych jakimś cudem bodźców, zaparkuję tu lub tam, kawałek dalej, i po prostu, bez ceregieli, rzucę się na niego w desperackim sabotażu wyposzczenia! Och… Pachnie oszałamiająco. Jest za zimno, by opuścić szybę, i ten zapach, dryfując wszędzie naokół, przywiera do mnie, do każdego milimetra mojej skóry, tak że wiem już na pewno, że cokolwiek bym zrobiła, nie pozbędę się go żadnym znanym mi sposobem. Jedyna możliwość, by znieść go bez torturowania siebie, to to pole z prawej, sięgające prawie horyzontu, położone pośrodku niczego i niechętne przyjmować podglądaczy… Stój, dziewczyno. Nie zrobisz tego…

  • Jak tam wjedziesz – słyszę z boku – zakopiemy się na dobre w śniegu.

Znosi mnie. Nie skręciłam przecież. Chociaż może. A może mnie jednak znosi… Tak czy owak, przejrzał mnie na wylot… I kompletnie straciłam odwagę!
Jadę prosto. Jednak prosto. Te trącące mistyką pustkowia muszą się kiedyś gdzieś skończyć! Gdyby do kabiny wpadło światło, jakiś gęstszy niż znikomy snop jawności, bardziej bym się pilnowała, a tak, mknąc przez tumany ciemnicy, sama się w transie pogrążam. Wyobraźnia w dodatku, rozochocona spektrum możliwości, przypomina mi o szerokości kanapy za naszymi plecami, i choć wargę zagryzam, by bólem się do tu i teraz sprowadzić, widzę nas tam tak wyraźnie, że podbrzusze mi rozkosznie mrowi. Stój… Stój, do diabła!

  • Pola?
  • Na chwilę… – Zatrzymawszy samochód, wysiadam z niego gwałtownie.

Paddy w okamgnieniu zjawia się przy mnie i nijak wytrzeźwieć nie potrafię.

  • Co się stało? – Łapie mnie za ramiona i wszystko robię, by w oczy mu przypadkiem nie spojrzeć. – Muszę wiedzieć, Pola. Muszę wiedzieć, co czujesz! – Kolana się pode mną uginają i opieram się na nim, tak bardzo lekkomyślnie i beztrosko, że przytomność mi wraca, mięśnie się rozluźniają. – Aniołku? Proszę? – Przytula mnie. Rozpływam się. Zarzucam mu ręce na szyję, palce wtapiam w jego ciemne, ułożone idealnie włosy. Wiem, że go to uspokaja. Czuję i słyszę, że się z wytchnieniem uśmiecha. – Chcesz się przejść?
  • Jeśli nie chcesz kochać się ze mną natychmiast, to owszem… – jęczę i odsuwam się od niego, a wskazawszy na auto… – Ta przestrzeń jest dla nas za ciasna.
  • Więc wsiadamy! – Wyszczerza się, oczko zawadiacko puszcza. Jest w tym tak rozbrajający, że siły mi nagle wracają.

Zamieram, gdy bierze mnie w objęcia. Gdy chwyta moją brodę i nakierowuje ją na swoje usta, trzęsę się w ferworze utęsknienia. W tej samej chwili jednak, gdzieś w oddali, rozlega się głośny stukot… i towarzyszące mu dzwoneczki. Dzwoneczki! Jak melodia mechanizmu pozytywki. Mojej pozytywki! Mojego aniołka… Oboje się za nimi oglądamy. Oboje jesteśmy tak samo tym dźwiękiem wstrząśnięci. Oboje też niedowierzamy, gdy na drodze, hen za nami, rysuje się spektakularny widok.

  • To się nie dzieje…
  • Uszczypnąć cię?

Nie czekając na odpowiedź, wybiegam na środek jezdni. Paddy idzie za mną. Mechanicznie. Nie odrywa wzroku od tego, co się do nas zbliża, a ja, choć równie osłupiała, ręce splatam i zginam się wpół ze śmiechu.

3. THEY’LL PUT ON THEIR BIGGEST SMILE

Posted: 27th Listopad 2013 by Sheena in Keep On Singing

Paryż, 23 maja 1984

Gdy autobus zaparkował niedaleko Placu Zgody, Paddy zerwał się jak oparzony i pierwszy wybiegł na zewnątrz. Uśmiechnął się do świata, a świat to szybko odwzajemnił. Radosny świergot ptasich, toczonych na parapetach konwersacji przeplatał się z gwarem budzącego się do życia miasta. Pod stylową, odzianą w bluszcz kamieniczką spacerował sennie wielki i opasły kocur, a tęga dozorczyni w fartuchu, zamiatając nieopodal podwórko, nuciła pod nosem rytmiczną i wesołą mruczankę. Z nieba lał się taki żar, że wszystko dookoła świeciło, a powietrze pachniało świeżym, wypiekanym gdzieś w pobliżu pieczywem i czystą pościelą, powiewającą jak żagiel na sznurze w wąziutkiej alejce. Chłopczyk stał oszołomiony i napawał się bezkresną idyllą. Od pół roku ponad, odkąd jego wujek wrócił, życie obu rodzin diametralnie się zmieniło i malec, zafascynowany otoczeniem, mógł się wreszcie skupiać na jaśniejszej jego stronie. Kalendarz w postaci gitary odszedł w zapomnienie. Zastąpił go notes, w którym Paddy, skrzętnie, to wszystko spisywał, co wprawiało go na co dzień w zachwyt lub warte było utrwalenia. Zazwyczaj były to słowa piosenek i przemyślenia, czasami rysunki. Teraz akurat, przyglądając się placu z niewielkiej, acz wystarczającej odległości, naszkicował w kajeciku wysoki, piętrzący się nad panoramą obelisk.

  • Znów bazgrolisz?

Zatrzasnął zeszycik i spojrzał przez ramię na Joey’a.

Joey był jego starszym o pięć lat bratem. Z całego rodzeństwa to właśnie on był największym nicponiem; chłopcem, którego zawsze wszędzie było pełno i za którym nikt nigdy nie mógł nadążyć. Był silny i odważny, czego Paddy oczywiście mu zazdrościł, lecz bardzo przy tym roztrzepany, impulsywny i konfliktowy. Choć nie raz się zdarzyło, by stanął w Paddy’ego obronie, to częściej, tak jak teraz, po prostu się z niego naigrywał.

  • Daj mu spokój, Joey. On przynajmniej w przeciwieństwie do ciebie coś pisze i jeśli uda nam się przebić kiedyś czymś chwytliwym, to ty akurat jesteś ostatnim z potentatów do sukcesu! – Kathy, wstawiając się za bratem, dolała nieświadomie oliwy, i Joey, zamiast spełnić jej grzeczną prośbę, zapieklił się tylko i jeszcze bardziej uwziął.
  • Ej! – Krzyk Paddy’ego ściągnął wszystkich uwagę. – Oddawaj! To moje!

Notes w rękach Joey’a poszybował tak wysoko w górę, że Paddy, choć skakał jak tylko potrafił, nie mógł go dosięgnąć.

  • Madeleine, Madeleine, Madeleine. Jej imię jest słodkie jak sen. A stary Macdonald, gdzieś hen, zaprzedałby za nią część ziem. – Gdy chłopczyk usłyszał, jak brat jego wierszyk cytuje, rozejrzał się nerwowo i jeszcze wyżej podskoczył. – I świnki, i kaczki, i kurkę, co gdacze. I farmę calutką, w tym osły i klacze! Zaprzedałby, sprzedałby, oddał za dzień. Za krótki i słodki z uroczą Madeleine.

Joey parsknął, ledwo doczytał do końca, i zatoczył się w tył ze śmiechu. Nie spostrzegł przy tym miny stojącego za nim Jimmy’ego i runął na ziemię, zahaczając o podetkniętą mu nogę. Jim był raptem rok od niego starszy. Odzywał się rzadko, a gdy już to robił, to z lekceważeniem. Schylił się. Podniósł z ziemi zeszyt. Gdy Joey się dźwignął i rękę do niego wyciągnął, przybił mu piątkę, a wstać nie pomógł. Notesu jednak, na przekór okolicznościom, nie oddał też właścicielowi. To Maddie stała najbliżej. Ona go od niego odebrała. Chwilę później podeszła do Paddy’ego, by bez jakiegokolwiek słowa, czy nawet kpiącego uśmiechu, jakiego mógł się w tym momencie spodziewać, oddać mu zgubę, obrócić się na pięcie, zdzielić go po twarzy pętem prostych, kasztanowych włosów i odejść jakby nic, ot tak, zupełnie zwyczajnie, puszczając to wszystko w niepamięć bądź z góry i bezdusznie ignorując. Choć w pierwszej chwili chciał się rozpłynąć w powietrzu, pobiegł zaraz za dziewczynką. I gdy wreszcie krok z nią wyrównał:

  • Nie zakochałem się w tobie! – zapewnił gorączkowo.

A ona szła. Nie zatrzymała się, nie odpowiedziała, nie spojrzała na niego… nie posmutniała…

  • To był tylko wierszyk. Wiesz, taka wyliczanka – tłumaczył niezłomnie. – Znasz tą piosenkę? Old Macdonal had a farm? Tą, którą ćwiczyliśmy dzisiaj i wczoraj na próbach? To jest właśnie coś w tym stylu. Coś a’la następna zwrotka! – łgał jak z nut. – Dużo mam takich własnych tekstów w notesie! Kiedyś, jeśli będziesz chciała, mogę ci kilka pokazać.

Zatrzymał się, gdy i ona to zrobiła. Przy jednym z jarmarcznych straganów. Wgapiał się w nią, czekając jakiejś reakcji, ale Maddie zachowywała się tak, jakby wcale dla niej nie istniał. Sięgnęła do kieszonki swojej lnianej i przewiewnej sukienki, wyjęła z niej kilka drobnych i skrupulatnie je przeliczyła, a gdy upewniła się, że ma wystarczająco pieniędzy, podniosła brodę i uśmiechnęła się do sprzedawcy. Choć duma Paddy’ego popychała go do rezygnacji, w przypadku Maddie zawsze postępował na odwrót. Znał chłód cierpiącego spojrzenia i wiedział już, po ojcu chociażby, że da się go skutecznie i trwale przełamać.

  • Wanilia, banan, truskawka czy pomarańcza? – Usłyszał nagle. I bezwolnie się wyszczerzył.
  • Pomarańcza – odparł z podekscytowaniem.
  • Poproszę zatem jedną dużą. Waniliową – rzuciła do sprzedawcy, a z Paddy’ego uleciał entuzjazm.
  • W kubeczku?
  • Na patyku. – Znów się uśmiechnęła.

Sprzedawca się rozpromienił, a Paddy przewrócił oczami. Jej uśmiech roztapiał lodowce. Pamiętał dobrze mima, jaki ostatniej zimy, gdy występowali na ulicach Lyonu, stał pod wystawą jednego z ekskluzywnych sklepów, a jego trik na zarabianie był prosty i godny podziwu zarazem: poruszał się tylko wtedy, gdy ktoś mu rzucał pieniążek. Wykonywał wówczas ruchy jak ciągana za sznureczki marionetka, do łez rozbawiając tak dzieci, jak i dorosłych. W pozostałym czasie, wlekącym się niekiedy i godzinę, stał w kompletnym bezruchu. To był ich pierwszy dzień i Maddie, zaintrygowana mimem, przyglądała mu się z takim oczarowaniem, z jakim nigdy na Paddy’ego, gdy śpiewał, nie spojrzała. Jej wzrok go w końcu zwabił, wszystkich zresztą zwabiał, i mim, gdy natrafił jeszcze na ten pełen magnetyzmu uśmiech, taki taniec odstawił, że wszyscy przechodnie się zlecieli. Paddy pamiętał też, co Kathy mu wtedy powiedziała. Dzieci o tak nieprzeciętnym uroku osobistym jest garstka. I on również według niej miał mieć to coś w sobie. Szkopuł w tym, że jak widać na powyższym przykładzie, nie szło mu używanie tego czegoś. Zwłaszcza w stosunku do kogoś, kto sam już tę sztukę opanował.

Gdy wracali już do autobusu – ramię w ramię, a jednak osobno – nie przestawał o tym rozmyślać.

  • Chcesz trochę?

Tak, owszem. Usłyszał, że się odezwała. Był jednakże tak pochłonięty myślami, że jej słowa zadźwięczały jak muzyka, z indywidualnie interpretowanym przesłaniem. Obrócił się gwałtownie, jak wyrwany w środku nocy z łóżka, i skrzywił natychmiast. Madeleine źle nie chciała, tak sobie przynajmniej to tłumaczył, ale wata cukrową, jaką podsunęła mu akurat do twarzy, okleiła szczelnie jego nos i usta.

  • Teraz też nie zostawiłaś mi wyboru… – mruknął z przekąsem i dziewczynka, co niezmiernie rzadko się zdarzało, roześmiała się na głos. Szczerze.

Wkrótce potem chłopiec zamarł. Maddie, odsunąwszy lepki bukiet, włożyła do ust palec i lekko go pośliniła. Nim zdążył odskoczyć, przetarła mu nim wargi i część policzków. Zapadła cisza. Znał ten gest i nigdy za nim nie przepadał. Ilekroć któraś z sióstr publicznie go w ten sposób czyściła, czuł się skrępowany i upokorzony; zbyt zdrętwiały, by zaprotestować. Z Maddie było inaczej. Z nią wszystko było inaczej. I gdyby tylko…

  • Pomóż nam, młody! – John go z oddali zawołał.

I podziałało to jak kubeł zimnej wody. Pobiegł do autobusu, trzeźwiejąc i głupiejąc po drodze. Wszystkie instrumenty, jakie mieli ze sobą zabrać, czekały już rozstawione na chodniku. Wystarczyło tylko chwycić co się dało i zabrać inwentarz na plac, gdzie wkrótce, za około godzinę, wedrą się muzyką w monotonię życia paryżan.

Robili to od tak dawna, że każdy znał swoją rolę. Jedynym elementem, który zmienił się w ich rytuale, było stałe uczestnictwo papy Dana. Ich ojciec dokonał cudu i nie do poznania się zmienił. Tamtego listopadowego wieczoru, gdy w ich progu zjawiły się bezbolesne wspomnienia, zrozumiał, że stracił nad wszystkim kontrolę, a to, co jego żona tak kochała i za co gotowa była umrzeć, pójdzie na dno, jeśli on się o to nie zatroszczy. Zawziął się. Zdeterminował. Na powrót odnalazł cel, a w brnięciu do niego miał wsparcie. Louis go już więcej nie zostawił. Obaj stali się silni, obaj się nawzajem motywowali. Louis Dana ukierunkowywał na zarobek. Jako że sam dbał o to, by córki nie chodziły głodne, serce mu krwawiło na widok dzieci Kelly. Dan z kolei, po długich rozmowach sam na sam z Jolene, przekonał ją do donoszenia ciąży. Obojgu obiecał też pomoc, bez względu na koszty i charakter ich przyszłych potrzeb. Wraz z ciężką pracą, zapałem i wewnętrzną harmonią zaczynało im się wreszcie powodzić. Kathy, mimo że wciąż chomikowała resztki, zasiadała do stołu wspólnie z rodzeństwem i wraz z nimi posiłek kończyła. Przy wazonie na stole, dzień w dzień wypełnionym świeżymi, kupionymi lub ściętymi gdzieś kwiatami, stała pełna misa drogich i trudno dostępnych cytrusów. Kathy kupowała je raniutko, na targach ze zdrową żywnością, i przez cały dzień, jeśli zbyt wolno znikały, wpychała je sytemu na ogół rodzeństwu. Dzieci nie chodziły do szkoły. Uczyły się w domu, czyli w autobusie, pod czujnym okiem papy i z jego olbrzymią pomocą. W tym samym autobusie, w pogoni za pieniądzem, zwiedzili przez pół roku całą Francję. Grali wszędzie, gdzie się tylko dało, szlifując dzięki temu zdolności i nieprzerwanie, aby sprostać swoim nowym pomysłom, ucząc się gry na coraz to innych instrumentach.

  • To jest chyba dobre miejsce! – Dan donośnie oznajmił.

Stanęli właśnie placu. Na samym jego środku i tuż pod obeliskiem, który Paddy wcześniej naszkicował. Żar, jaki bił od betonu, przenikał przez podeszwy sandałów i parzył ich w bose stopy, toteż stanie w bezruchu było morderczą torturą. Dziedziniec, gdzie okiem nie sięgnąć, tonął w promieniach słońca, a nieliczni przechodnie, słaniając się przed nim zaciekle, przechadzali się w cieniu okalających ten teren budowli lub przysiadali w okolicznych restauracjach i kawiarenkach, zaczytując się w codziennej prasie bądź czekając na umówione spotkania. Choć koncert w tych warunkach jawił się mozolną, skazaną na niepowodzenie katorgą, Paddy, tak jak przed każdym innym ich występem, był zbyt podekscytowany, by przejmować się czymś tak nieistotnym.

Cały niesiony przez dzieci rynsztunek uderzył równocześnie o chodnik, a chłopiec ze swą młodszą o dwa lata siostrą, Maite, oraz Madeleine z rówieśniczą jej Chloe, bez zastanowienia i pod wpływem impulsu pobiegli do pobliskiej fontanny. Zabawa była przednia i żywiołowa, dopóki nie zjawiła się tam ciocia Jolene. Jej nadejście zwiastował stukot niebotycznych obcasów i Maddie, choć bawiła się dotąd wyśmienicie, przerwała to nagle, z ostentacyjnym, demonstrowanym na pokaz oburzeniem, i usiadła na kamiennym brzegu, poprawiając pochlapaną sukienkę i zmierzwione od harców włosy. Zawsze tak robiła. Zawsze odbierała frajdę. Paddy nigdy nie miał jej tego za złe. Paddy jej po prostu współczuł. Nie mogła być sobą, będąc na oku matki. Przy niej, bez względu na okoliczności, miała zachowywać się jak dama, a brodzenie w fontannie i śmiech, jakim się dławiła, nie wpisywały się raczej w kanony savoir-vivre’u.

  • Madeleine, księżniczko. – Kobieta, zachowując idealnie proste plecy, przysiadła obok córki na fontannie. – Prosiłam cię przecież, żebyś uważała na tą sukienkę. Woda jest brudna. Plamy mogą się nie sprać.

Paddy, udając zaabsorbowanie zabawą, podsłuchał ich dyskretną rozmowę i niedyskretnie, nie mogąc się już powstrzymać, prychnął z wyczuwalną pogardą. Jolene się obróciła. Nie tak całkowicie, a przez ramię. Zsunęła lekko okulary przeciwsłoneczne i storpedowała go surowym wzrokiem.

  • Wszystkie ubrania, łącznie z tymi Madeleine i Chloe, piorą moje siostry – wyjaśnił bez skrupułów. Bo taka była prawda! Ciocia Jolene, wyłgując się zaawansowaną ciążą, niczym się już nie parała. Teraz na dodatek, zapominając o tym, o co tak starannie niby dbała, wyjęła z torebki paczkę papierosów. W Paddy’m aż zawrzało. – Jesteś, ciociu, pewna – zaczął ostrożnie – że dziecku to nie zaszkodzi?
  • Brzuch mi jakoś rośnie – syknęła – a palić nigdy nie przestałam. – Znów na niego spojrzała. – Nie powinieneś iść i pomóc rodzeństwu? Sprzęt niestety sam się nie rozłoży. – Uśmiechnęła się z ironią, a oczy jej dziwnie zabłyszczały. Paddy wytrzymał. Nie chciał odejść i pozwolić jej tym samym zapalić. Nigdy jakoś nie robiła tego na widoku. Zawsze odchodziła, by zapalić w ukryciu.
  • Ukradłaś je wujkowi? – spytał w końcu, a ona się tylko roześmiała.
  • Paddy, idź już. – Zimnokrwisty i opanowany. Taki jak zawsze. Maddie, gdy nie zareagował na instrukcję, pospieszyła go upominawczym wzrokiem.

Wyskoczył z fontanny i przeniósł na chodnik dziewczynki. Krótko później, oglądając się za siebie z niepokojem, wracał z nimi do rodzeństwa. Poniekąd Maddie rozumiał. Straciła mamę na trzy lata i teraz, gdy wreszcie ją odzyskała, nie śmiała się sprzeciwiać czy wtrącać, a ponad wszystko nie chciała jej zawieść. Nie mając wcześniej nic, wdzięczna była za cokolwiek. A to dziecko… obce dziecko… obwiniała za rozstanie rodziców.

Najbardziej bolało go, że zapominał już, jaka była. Pamiętał, co mówiła, nie przypominając sobie jednak tembru jej słodkiego głosu, i wiedział, że go zawsze na dobranoc przytulała, choć nigdy już nie zaznał podobnego ukojenia. Nawet wtedy, gdy kładł się spać wieczorami, a ciemność i cisza sprzyjały wzmożeniu koncentracji, nie potrafił przywołać konturu jej kochanej twarzy. Przez długi okres po jej śmierci ta twarz go nawiedzała. Pojawiała się częściej niż mógłby sobie tego życzyć i nie uśmiechała się do niego, a krzywiła w spazmach potwornego i niepojętego bólu. Ten ból jej towarzyszył aż do ostatniego wdechu. Katował ją i upadlał, lecz nigdy nie determinował. Nigdy go nie odepchnęła, nigdy nie odtrąciła. Mogła cierpieć tak, jak nikt sobie nie wyobrażał, a zawsze miała czas, by porozmawiać i wysłuchać, zawsze miała siłę, by go ucałować. Bólu nie zobaczył za jej życia. Zobaczył go po jej śmierci. I był tak nim przerażony, że wraz z tym obrazem wyparł każdy inny, każdy lepszy. Przyglądał się więc tacie, obserwował siostrę. Łudził się, że coś nim znów potrząśnie i wszystkie wspomnienia powrócą. Zwłaszcza że był ten dzień. I to coś po prostu musiało się dzisiaj wydarzyć…

  • Musimy porozmawiać, Paddy.

Uśmiechnął się. Spodziewał się! Spojrzał na siostrę i zmroził ją momentalnie. Podniosła się właśnie z podłogi. W dłoniach trzymała odłamki talerza, jaki wypadł jej przed chwilą i roztrzaskał się z gromkim hukiem. Zaczęła się wahać, co on w porę dostrzegł. Nim machnęła ręką, by wycofać się ze swojej propozycji, był już przy niej. Tuż naprzeciw.

  • Chciałam tylko powiedzieć – wyjąkała niemrawo – że jesteś jeszcze za mały – uciekła w bok wzrokiem – by przejmować się tym, czy i na ile wystarczy nam pieniędzy.
  • A nie jestem za mały, żeby je zarabiać? – odbił rezolutnie, a Kathy tylko jęknęła. – Nie sądzisz, że jest dziś jakiś inny? – Wskazał na starca. Temat zmienił celowo, ale nie w złej wierze. Ufał, że nie o pieniądzach chciała z nim rozmawiać.
  • Nie zauważyłam.
  • Widziałaś, jak tupał! – wtrącił szybko. – Widziałaś, że odliczał tym tupaniem sekundy! – ciągnął z oburzeniem. – On na coś czeka!

Twarz Kathy spłonęła purpurą gniewnego rumieńca.

  • Widziałam też, jak ty odliczasz dni do tej rocznicy! – krzyknęła. – I na to, mój drogi, też jesteś jeszcze za mały! – Nachyliła się nad nim. – Nie wiem, na co czekasz, ale mam nadzieję, że nie na nią! – Usta zacisnęła, przeżuwając ostatnie rozterki, aż wreszcie, hucznym od emocji głosem: – Ona już nie wróci! Jej już nie ma!

Odgłos tłuczonych nadziei zadźwięczał z odłamkami naczynia. Rozsypane na podłodze, mieniły się blaskiem marzenia, z którym Paddy, wciąż jeszcze naiwnie ufny, nie był gotów się rozstać.

  • Boże. Boże, ja nie chciałam! – Gdy wyciągnęła wprzód rękę, by pogładzić go po uderzonym lekkomyślnie policzku, odsunął się od niej i odwrócił. Zadrżała. Zaszlochała. Padła na kolana i tak samo nieostrożnie jak prędko zaczęła zbierać powtórnie upuszczone łupiny. – Paddy, przepraszam. Nie powinnam była, ale już mnie to wszystko przerasta i jak sobie pomyślę, że jeszcze ty zaczynasz fiksować…

Więcej nie usłyszał. Powiódł oczyma za błyskiem, jaki – jak mu się zdawało – spostrzegł gdzieś za sobą, i zamarł. Starzec nie siedział już przy oknie, tak jak w każdej godzinie życia od dokładnie roku, a stał wyprostowany, z dłońmi opartymi o biodra, wpatrzony w parę zbliżających się do autobusu reflektorów. Chłopiec, zszokowany tym widokiem, podszedł do niego i złapał go nieśmiało za rękę. Starzec drgnął zauważalnie, zaciągnął ze świstem powietrze. Na syna – rzecz jasna – nie spojrzał. Światła zatrzymały się opodal i zgasły. Z pojazdu, ledwo w strugach deszczu widocznego, wysiadła smukła sylwetka jakiegoś mężczyzny i dwie o wiele niższe, chowające się zaciekle pod wspólnym pledem. Cała ta trójka, przeskakując nad rozłożystymi kałużami, dobrnęła po chwili do drzwi i już zza nich, machając i gestykulując, zaczęła się domagać otwarcia. Starzec nie drgnął. Paddy również. Przybyszy, choć nie mniej osłupiała, wpuściła do środka…

  • Kathy! Słońce ty moje! – Mężczyzna wszedł pierwszy i porwał brunetkę w objęcia. – Popatrz no na siebie! Kiedy tak wydoroślałaś?! – Tulił ją zapamiętale.

Paddy z początku oniemiał. Kojarzył mężczyznę, lecz nie był go w stanie rozpoznać. Przyglądał się temu, jak siostra, wzruszona spotkaniem, odwzajemnia skwapliwie czułości, i powoli, acz skutecznie docierało do niego, że przyjezdny to wujek Louis, przyjaciel jego rodziców. Wraz ze swoją piękną i młodziutką żoną oraz dwiema córeczkami mieszkali swego czasu w przyczepie kempingowej, parkowanej obok autobusu. Można więc powiedzieć, że byli po prostu sąsiadami. Można powiedzieć, że część wspomnień wróciła…

  • Dan, stary koniu! – Głos wujka Louisa sprawił, że chłopiec się szeroko uśmiechnął. – Trzy lata minęły, a ty się o dekady postarzałeś! – Ramiona mężczyzny rozpostarły się i pochłonęły starca, a jego oczy, wyłoniwszy się spod gąszczu siwych, zdobiących głowę ojca włosów, łypnęły na Paddy’ego i mrugnęły w niemym powitaniu. – No co ty, Dan? – Zorientował się chyba. – Kumpla nie poznajesz?! – Zwolnił uścisk i odchylił się lekko do tyłu. – Dan…? – spytał już ciszej, zmartwiony brakiem reakcji. – Co jest? Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
  • To nie tak, że się nie cieszy. – Kathy nadmieniła. W tej samej chwili wpadła jednak w popłoch, a nie mogąc zdzierżyć wzroku wujka Louisa, zwróciła się do dwóch stojących wciąż na dworze dziewczynek: – Wchodźcie, kochane, nie moknijcie! – Wciągnęła je niemal do środka. – Chloe! – Przytuliła mniejszą i zerknęła z czułością na drugą. – Madeleine…
  • Dzień dobry. – Madeleine dygnęła, a bukiet w jej dłoniach zaszeleścił.

Usta chłopca rozchyliły się w bezkresie podziwu. Ni z tego, ni z owego, zachłysnąwszy się kunsztem różnobarwnej wiązanki, przeniósł się na urokliwą łąkę. On i Maddie mieli wtedy po trzy lata. I tyle mniej więcej centymetrów, co strzeliste źdźbła bujnej i soczyście zielonej trawy. Brodzili wśród nich niczym w labiryncie, bawiąc się a to w berka, a to w chowanego, uciekając co sił w nogach przed obiema zafrasowanymi mamami i pędząc naprzeciw, gdzie tylko szaleństwo poniosło, by zderzyć się finalnie czołami i runąć na chłodną ziemię. Paddy pamiętał, że Madeleine zawsze płakała. On podnosił się szybko i natychmiast otrzepywał ubranie. Nawet wtedy, gdy potłukł się przy harcach solidniej, zjawiał się przy Maddie i starał się ją uspokoić. Nigdy jednak mu się to nie udawało i dziewczynka, histeryzując na wyrost, lądowała w objęciach swojej mamy. Skutek tych zabaw był taki, że oboje ostatecznie, ze skwaszonymi minami i poobrażani na siebie nawzajem, siedzieli potulnie na dwóch naprzeciwległych kocach. Ich mamy, choć diametralnie od siebie inne, uwielbiały letnie pikniki. Podczas gdy ciocia Jolene – dość ekstrawagancka i świadoma swoich wdzięków kobieta – zrzucała ubranie i opalała się godzinami, rzadko kiedy zsuwając z nosa swoje modne, przeciwsłoneczne okulary, jego mama, pochylona nad naręczem znoszonych jej przez córki kwiatów, segregowała je na te kruchsze i delikatniejsze z jednej, i sztywniejsze, o długich łodyżkach z drugiej strony, przeznaczając je odpowiednio do plecenia wianków i skomponowania bukietu, jaki na wieczór, gdy wracali do autobusu na kolację, chełpił się w wazonie na stole. Róże, astry i owoce jarzębu, przeplatane tu i ówdzie suszonymi liśćmi dębu czerwonego, zaszeleściły raz jeszcze i chłopiec, choć zapierał się przed tym resztkami swej podświadomości, znów zobaczył szyby w strugach deszczu.

  • Co, Paddy? – Usłyszał. – Podoba ci się, nie?

Dreszcz go przeszedł i oderwał wzrok od Maddie. Wciąż zakotwiczony w plejadzie sielankowych wspomnień, spojrzał na wujka i wzruszył bezrozumnie ramionami.

  • O kwiatach mówiłem. Nie o mojej córce. – Mężczyzna wybuchł śmiechem. – Madeleine, gdy tylko dowiedziała się, że tu przyjdziemy, zrobiła ten bukiet specjalnie dla waszej mamy! – Pochwalił dziewczynkę.

Z ciszą, jaka zapadła, wszyscy poczuli się nieswojo. Kathy zagryzła wargę, przestąpiła z nogi na nogę i pozwoliła pasmu włosów zasłonić jej wilgotne oczy, Paddy, widząc to, pięści zacisnął i uśmiechnął się do siebie z żałością, a jedyna osoba, która winna była wyjaśnienie, poczłapała w stronę okna i na powrót usiadła na ławce.

  • Spóźniłeś się, wujku. – Głos pełen zawodu i chyba też pretensji przetoczył się przez autobus, tak że wszyscy się za nim obejrzeli. Na schodkach prowadzących na piętro stało trzech chłopców. Ten po środku, szesnastoletni, wpatrywał się w Louisa z chwytającym za serce żalem. – Mama zmarła rok temu – burknął. – W Hiszpanii – uściślił. – Pochowaliśmy ją i wróciliśmy na stare śmieci. – Odchrząknął. Kiedy Kathy chciała mu prawdopodobnie przerwać, spiorunował ją nieustępliwym i pełnym rozczarowania spojrzeniem, i dziewczyna, choć kiwała ostrzegawczo głową, zaniechała swojej interwencji. – Tata powiedział, że łatwiej nam będzie tutaj, wśród przyjaciół. Mieliście przecież wrócić. Nigdy nie wróciliście. Potrzebowaliśmy was, a wy nas zawiedliście, więc weźcie te swoje kwiatki i wynoście się z naszego domu!
  • John! – Kathy wybuchła, Louis osłabł, a Paddy zerknął na Maddie.

Z wyciągniętą szyją, wyprostowanymi plecami i chłodną, pozbawioną wyrazu twarzą wyglądała jak wyniosły posąg, którego nikt i niczym nie byłby w stanie urazić. Z jednej strony mu imponowała, z drugiej czuł dystans i niechęć, by go przekroczyć. Madeleine nie płakała. Madeleine była silna. Błąd, pomyślał, Madeleine jest zbyt delikatna, by zaryzykować obnażenie słabości.

  • Nie rozumiem… – Louis wnet wychrypiał.
  • Ja też nie. – John nie dawał za wygraną, a przemierzywszy pomieszczenie i stanąwszy między Paddy’m a Louisem, ręce rozpostarł i zaplótł je później na piersiach. – Nie wróciłeś, choć wiedziałeś, że mama umarła!
  • Skąd niby mia…
  • Od cioci! – Chłopiec nie wytrzymał i wrzasnął tak donośnie, że ojciec, wzrok podniósłszy, spojrzał na niego z pełną przytomnością umysłu.
  • John. Dzieci. – Louis był w potrzasku. – Ja i ciocia… – zaczął niezdarnie. – Gdy wyjechałem z dziewczynkami, a ciocia, jak wiecie, tu została… – Zająknął się, przerwał. – Wyjechałem do Holandii na saksy. Zarobić na rodzinę, a nie dla przyjemności – wyjaśniał zmieszany. – Zaistniała jednak pewna sytuacja, tutaj, na miejscu, i ja… i ciocia… – Gdy popatrzył na John’a, zażenowany już do granic możliwości, coś w nim nagle pękło. – A niech to! – fuknął. – Dan! – Obrócił się do starca i zderzył z jego bacznym jak nigdy spojrzeniem. – Czy my możemy, jak facet z facetem, pogadać bez dzieci? Na osobności?!
  • Tak! Właśnie! – Kathy w mig przejęła pomysł. – John, Jim, Joey. Na górę! I to już! – zarządziła kategorycznie. – Chloe, skarbie, chodź no do mnie. – Złapała czterolatkę i poprowadziła ją za rękę w tym samym kierunku, w którym pchnęła opierającego się wciąż John’a. – Paddy! – zawołała przez ramię. – Zaproś też Maddie. Dzieci się chętnie pobawią! – I zniknęła po chwili, wtłaczając na górę całą buntującą się gromadę.

A Paddy czekał. Tak długo czekał na ten dzień i wierzył, że coś się dziś wydarzy, że nie mógł tak po prostu odejść. Skinął do dziewczynki i udał się w stronę schodów. Wspiął się na trzeci i upewnił, że nikt na niego nie patrzy. Usiadł bezszelestnie i przylgnął skamieniały do barierki. Gdy Madeleine cupnęła obok, równie cicho i ostrożnie, uśmiechnął się z wdzięcznością, choć dziwnie tym faktem stremowany.

Louis w tym czasie, nie zwracając na nich uwagi, usiadł na ławce obok starca. Skołowany i otumaniony, odchylił połę palta i wyjął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Ręce mu się trzęsły, gdy wyciągał jednego, a gdy chwilę później usiłował go podpalić, rozdygotał się już cały. Ta wiadomość nim wstrząsnęła i Paddy wiedział, że Johnny w oskarżeniach się mylił. Prawdę jednakoż, jakąkolwiek by nie była, musiał poznać w całości.

  • Gdybym wiedział, Danny, gdybym tylko wiedział… – Wujek, pocierając nerwowo o draskę, kolejną zapałkę zmarnował. – Dobry Boże, była taka młoda! – stęknął z zawodem. – Jak to się stało? Czemu?! – dopytywał. Bezowocnie. Starzec, oparty o zimną szybę, wzrok miał utkwiony w suficie. Znów tak okrutnie nieobecny. – Domyślam się, że i ty masz mi za złe nieobecność, ale Jolene i ja… Jolene… – Wreszcie, po długich staraniach, udało mu się sztachnąć. Zgarbił się, zaniemówił, wydął od środka policzki. – Jeśli nawet wiedziała, nic mi nie wspomniała o Barbarze. Nie dzwoniła, nie pisała. Nawet tego nie potrzebowała, by dowiedzieć się, co z dziewczynkami. Nigdy sobie z dziećmi nie radziła. Sam zresztą pamiętasz. Gdyby nie Barbara, wcale by się nimi nie opiekowala – wysyczał w końcu. – Chloe i Madeleine były dwoma zaraz po mnie największymi błędami jej życia.

Paddy poczuł, jak gorąc go zalewa. Spojrzał na Maddie z ukosa, niepewnie, a jego małe, pyrkocące jak rzadko serduszko rwało się do dziewczynki z ledwo tłumioną desperacją. Za rękę ją chwycił odruchowo, bez głębszego pomyślunku. W łzie, jaka spłynęła po jej buzi, odbiło się światło jarzeniówki.

  • Jolene jest jak ptak. Potrzebuje wolności – wujek ciągnął. – Gdy wyjechaliśmy, znalazła ją u boku innego. – Głos mu się załamał i Paddy poczuł się winny. Chciał się właśnie podnieść i zabrać Maddie na górę, ale ona, uwolniwszy się z jego uścisku, złapała oburącz za bukiet i skryła w nim twarzyczkę, rosząc wkrótce płatki srebrzystymi kropelkami i wpatrując się przed siebie nienawistnym i rozgoryczonym wzrokiem. Chłopczyk więc westchnął tylko cichutko, a zamiast do barierki, tak jak przedtem, przysunął się tym razem do dziewczynki i znów, z wahaniem, wziął ją za rękę. – Pierwszy list, jaki dostałem, był krótki – o tym, że odchodzi. Drugi zaś dostałem tydzień temu. Był długi i chaotyczny. W co drugim słowie szczere – jak wierzę – przepraszam. Jolene jest w ciąży, a tamten ją zostawił. W czerwcu miałaby rodzić. Wróciłem z dziewczynkami. Zobaczyły ją po prawie trzech latach, a było tak, jakby dzień się tylko, góra dwa nie widziały. Jadaczki się nie zamykały, wszystkie trzy przeszczęśliwe. – Wydmuchnął chmurę dymu i odchylił się do tyłu, by tak jak starzec, oparty potylicą o szybę, wgapiać się beznamiętnie w sufit. – Gdy pierwszy entuzjazm opadł, usiadłem z żoną i całą noc z nią rozmawiałem. Ona dziecka nie chce, a i ja nie będę karmił nieswojego. Nie chcę go widzieć. Nie chcę musieć na nie patrzeć. Jeśli mamy zacząć od początku, to tylko i wyłącznie we czworo.

Papa Dan, nieruchomy dotychczas, zesztywniał – jeśli to możliwe – jeszcze bardziej. Paddy zmrużył oczy i pochylił się lekko do przodu, a obraz mu się rozmył i serce w uszach zadudniło. Czuł coś i nie umiał tego nazwać. Może gniew, może lęk, może pokrzywdzenie. Dotknęło go to, co usłyszał, choć nie wiedział tak do końca dlaczego. Czuł, że to niesprawiedliwe. Że nikczemne. Przewidywał… Nie… Wiedział, że i jego tatę zabolało…

  • Zmarła na raka piersi.

Ten głos… Taty głos… Nie wierzył własnym uszom…

  • Lekarze wieszczyli, że jeśli usunie ciążę, kupi sobie jeszcze kilka miesięcy życia.

Utonął w odrętwieniu.

  • Spytałem więc, co chce zrobić, jaką decyzję podejmie. Skłamałbym mówiąc, że nie chciałem jej przy sobie zatrzymać. – Usta starca zacisnęły się i posiniały. Ból w jego oczach sprawił, że Louis, sekundy nie zwlekając, objął go i długo jeszcze nie puszczał. – Nie miała wątpliwości. Ani jednej chwili zawahania. Nie uciekłaby przed najpiękniejszym darem, jakiego dostąpić może tylko i wyłącznie kobieta. Za nic w świecie nie zrezygnowałaby z noszenia pod sercem cudu nowego życia. – Głos Dana zadrżał, a on sam, podniósłszy się z ramienia Louisa, spojrzał na Paddy’ego, instynktownie, i brwi zmarszczył, posmutniał. Zrozumiał coś, co ciągle mu ostatnio umykało. – Posłaniec… – wyszeptał bezwiednie. – Nazwaliśmy go Angelo – dodał, wciąż patrząc na syna. – Angelo znaczy posłaniec. – Odsunął Louisa i podniósł się z ławki. – Wiem co znaczy nie chcieć patrzeć na dzieci… – Głową skinął, gdy Paddy, zerwawszy się na nogi, nie wiedział zupełnie co zrobić. – Wiem co znaczy, gdy przypominają ci, co straciłeś. – Jego głos brzmiał jak dzwon, co czas potrafi zatrzymać. Obezwładniał, ubezwłasnowolniał i hipnotyzował. – Gorszym jest tylko – ściszył go do szeptu ponownie – gdy bardziej niż na nie, nie możesz już patrzeć na siebie. – Znów pokiwał głową. – Tak się stanie, gdy pozbawisz ją jej kobiecości. – Chwiejnym krokiem, kuśtykając przez zastane stawy, dowlókł się do syna. – Tak się stanie, gdy pozwolisz jej usunąć ciążę – cisnął i uśmiechnął się do chłopca z wysiłkiem.

Trzysta sześćdziesiąt pięć nacięć na gryfie gitary… i ani jednego więcej. Tak sobie Paddy poprzysiągł, gdy ojciec, nieoczekiwanie, mocno go do siebie przytulił.